In Bez kategorii
Posted

zadanie dodatkowe

Zadanie

Proszę wybrać i przesłać zdefiniowane kluczowe pojęcia z opuszczonych modułów (kluczowe pojęcia pojawiają się na końcu materiałów teoretycznych) – według poniższych wytycznych. Liczba haseł do zdefiniowania – do ustalenia z prowadzącym mailowo.

 

Wytyczne

  1. Mogą Państwo bazować na wprowadzeniu teoretycznym do odpowiedniego modułu (można co nieco skopiować i wkleić), ale chciałbym, żeby sięgnęli Państwo także do innych źródeł (i wybrali z nich wartościowe spostrzeżenia lub przykłady) lub zrobili coś po swojemu (gdy będzie to możliwe). Sugerowane źródła poniżej.
  2. Zasadniczy cel polega na zdefiniowaniu pojęcia i podania przykładu lub przykładów (najlepiej innych niż podane we wprowadzeniu teoretycznym). Przykłady można zacytować z jakiegoś źródła (wtedy warto dać przypis, który będzie to sygnalizował), wymyślić lub zaczerpnąć z jakiegoś filmu, artykułu, komiksu, demotywatora lub jakiejś książki (aczkolwiek może nie być łatwo – takie przykłady ewentualnie nagrodzę także zupełnie dodatkowymi punktami). Cel ogólniejszy polega na stworzeniu słownika, który przyda się nam na zajęciach (naszej grupie, ale zapewne i kolejnym).
  3. Hasła nie muszą być długie, natomiast prosiłbym, żeby rzeczywiście wyjaśniały te pojęcia (proszę pomyśleć, że chcą je Państwo jak najlepiej wyjaśnić kolegom – np. z pracy, ze studiów), zawierały przykłady, były napisane prostym językiem (ale z towarzyszeniem poważnych, precyzyjnych definicji, gdy tylko są dostępne), żeby były czytelnie zbudowane (ustrukturyzowane).
  4. Zadanie zasadniczo ma pozwolić uzyskać dostęp do testów, odrobić nadprogramowe zaległości. Jednakże w zależności od „jakości” przygotowanych haseł, wkładu własnego czy wysiłku itp. można uzyskać za zadanie dodatkowe punkty spoza skali (doliczane do wyniku końcowego).
  5. Co do źródeł. Na końcu materiałów znajdują się sugestie dalszych lektur, poza tym w internecie jest mnóstwo interesujących rzeczy, np. w sprawie implikatur:

http://plato.stanford.edu/entries/implicature/

http://plato.stanford.edu/entries/presupposition/

http://mwitek.univ.szczecin.pl/E&FW_7.pdf

http://www.staff.amu.edu.pl/~murbansk/wp-content/uploads/2012/01/WdL_w12.pdf

 

Sugerowana budowa artykułu hasłowego:

Obowiązkowo: Hasło (nazwa pojęcia)
Obowiązkowo: Definicja prosta, taka własnymi słowami, „z polskiego na nasze”
Obowiązkowo: Definicja techniczna i precyzyjna – o ile jest dostępna, może być po prostu zacytowana ze źródła (z ew. tłumaczeniem na polski) z przypisem
Obowiązkowo: Przykłady (przede wszystkim typowe lub spreparowane, choć mogą być też – dodatkowo – bardziej wyrafinowane, nietypowe czy śmieszne)

Ewentualnie: Źródła (np. materiały dydaktyczne jakiegoś filozofa / językoznawcy / naukowca z USA)
Ewentualnie: Interesujące linki (co warto zobaczyć – artykuł, hasło w jakiejś encyklopedii)
Ewentualnie: Przykład z jakiegoś programu publicystycznego, filmu fabularnego, literatury.
Ewentualnie: Jak rozmawiać o… (to taki pomysł z książki Kahnemana Pułapki myślenia, który pokazuje, jak można posłużyć się nowymi pojęciami przy kawie lub w korytarzu przy kserokopiarce).
Ewentualnie: Pojęcia powiązane
Bardzo ewentualnie: Kontrowersje i sporne punkty
Przy czym proszę potraktować elementy „ewentualne” jako ważne i spróbować ująć ich możliwie jak najwięcej.

 

Przykład: http://www.criticalthinking.pl/encyclopedia/akt-mowy/

Narcos i Arystoteles

Jeśli oglądaliście już serial „Narcos”, to na pewno znacie tę scenę (S01E01, niestety, nie znalazłem polskiej wersji):

To scena, w której poznajemy Pabla Escobara – głównego bohatera dwóch pierwszych sezonów serialu. Te kilka minut to znakomita charakterystyka bohatera i jego podejścia do załatwiania spraw, m.in. padają w niej słynne słowa: plata o plomo, czyli „srebro albo ołów”, oznaczające wybór pomiędzy przyjęciem łapówki lub śmiercią.

Z punktu widzenia teorii krytycznego myślenia, oczywiście, interesuje nas w tej scenie strategia perswazyjna Escobara. Opiera się ona na dwóch całkowicie podstawowych chwytach erystycznych: ad crumenam oraz ad baculum. Ad crumenam, czyli ‚(odwołanie) do trzosa’, to próba przekupstwa. Ad baculum, czyli ‚(odwołanie) do kija’, to próba zastraszenia. Są to chwyty znane od zarania dziejów, dobrze opisane w literaturze przedmiotu.

Interesujące jest jednak ich połączenie. Daje ono pewną nową jakość: „srebro albo ołów” to wypowiedź o strukturze alternatywy (dychotomii). Na tej strukturze oparty jest inny znany chwyt: fałszywa dychotomia (czasami zwany także mądrze „bifurkacją”, lub po prostu „czarne/białe”) – aczkolwiek w wypadku Escobara fałszywość tej dychotomii wydaje się wątpliwa. Fałszywość dychotomii polega na tym, że zwykle istnieje więcej możliwości niż dwie, a ich ograniczanie jest związane z uproszczonym widzeniem rzeczywistości. Tymczasem zdanie wypowiedziane przez bohatera „Narcos” nie dotyczy abstrakcyjnie pojętych możliwości i nie upraszcza wizji świata, lecz jest zapowiedzią tego, co się zdarzy – to zaś zależy od żołnierzy, został im dany wybór, który jest jednak bardzo silnie ograniczony. Muszą oni ocenić, na ile groźba jest realna; ocenić, czy wybór srebra (mówiąc metaforycznie) nie będzie bardziej użyteczny (mówiąc ogólnie). I podjąć decyzję.

Groźba wydaje się realna ze względu na wiedzę Escobara: zna on żołnierzy z imienia i nazwiska, zna ich status rodzinny oraz potrzeby najbliższych (zapewne zna także miejsca ich pobytu). To wprowadza dodatkowy czynnik strachu („on wie za dużo”, „skąd on to wie” itp.), ale także otwiera żołnierzom furtkę do samousprawiedliwienia: wyboru srebra nie dokonują oni dla samych siebie, lecz dla ważnych osób (matki, żony, córki, kochanki…).

Z nieco innej perspektywy strategię Escobara można określić wywieraniem presji i szantażem. Prof. Marek Tokarz określa je jako naiwne taktyki manipulacyjne (Zob. M. Tokarz, Argumentacja, perswazja manipulacja, s. 245-264). Strukturę szantażu określa on przez wskazanie następujących elementów: żądanie – opór – presja – groźba – uległość – (powtórzenie). W wydaniu Escobara taktyka ta nie wygląda naiwnie, jest zrealizowana nietrywialnie – zwłaszcza jeśli chodzi o element powtórzenia. Żołnierze obserwują, że Escobar kieruje swój komunikat do każdego z nich, po kolei, w odpowiednio spersonalizowanej formie.

Myślę, że to interesujący przykład, ale pójdźmy dalej. Drugi sezon „Narcos” rozpoczyna się analogiczną sceną, w której Escobar staje przed zadaniem przekonania żołnierzy, by go przepuścili. Tym razem sytuacja jest – moim zdaniem – nieco bardziej skomplikowana: Pablo Escobar jest w trakcie ucieczki ze swojego domu-więzienia, a żołnierze otrzymali wyraźny rozkaz, żeby go schwytać. Sytuacja jest bardzo napięta i wydaje się beznadziejna (S02E01):

Escobar nie musi w tej scenie uciekać się do żadnych chwytów. Wystarczą słowa: „Niestety, nie mogę na to pozwolić, synu. Przepraszam” oraz jego niesamowita pewność siebie. Jak to wyjaśnić? Oczywiście tym, że jest on wówczas (uciekającym z więzienia, ale jednak…) bossem kartelu narkotykowego, jedną z najbogatszych osób na świecie, mającą pewne zasługi dla lokalnej społeczności i biedoty (mówiąc bardzo skrótowo i ogólnikowo). To i wiele innych elementów składa się na etos tej postaci.

Wyjaśnijmy sobie, czym jest etos. O etosie pisał już Arystoteles i to w sposób bardzo wnikliwy. Filozof ten wskazywał, że etos jest obok logosu i patosu jednym z trzech środków przekonywania:

Środki przekonywania, uzyskane za pośrednictwem mowy, dzielą się na trzy rodzaje. Jedne z nich zależą od charakteru mówcy, inne od nastawienia, w jakie wprawia się słuchacza, inne jeszcze od samej mowy ze względu na rzeczywiste lub pozorne dowodzenie. Przekonanie dzięki charakterowi mówcy rodzi się wówczas, gdy mowa wypowiadana jest w sposób, który czyni mówcę wiarygodnym. Jesteśmy bowiem na ogół skłonni łatwiej i szybciej uwierzyć we wszystkim ludziom uczciwym, a zwłaszcza w sprawach niejasnych i spornych. Przekonanie to winno jednak wyrastać nie z posiadanej uprzednio opinii na temat mówcy, lecz z jego mowy. Nieprawdą jest przy tym – co twierdzą autorzy podręczników wymowy – że szlachetność mówiącego nie ma żadnego wpływu na siłę przekonywania. Wprost przeciwnie – można powiedzieć – charakter mówcy daje największą wiarygodność [jego argumentom].
Wiarygodność uzależnioną od nastawienia słuchaczy osiąga się wówczas, gdy mowa powoduje ich wzruszenie. Inne przecież wydajemy orzeczenia, gdy jesteśmy zasmuceni, niż kiedy się cieszymy, inne – nastawieni przyjaźnie niż usposobieni wrogo. Są to, jak mówiłem, jedyne rzeczy, którymi zajmują się współcześni autorzy podręczników retoryki. Wyjaśnimy je bliżej, gdy będziemy analizowali afekty. Przekonanie przez samą mowę osiągniemy wówczas, kiedy udowodnimy prawdę lub pozór na podstawie wiarygodnych dla każdej rzeczy przesłanek.
Skoro sposoby przekonywania zależą od wymienionych trzech czynników, staje się jasne, że ten potrafi się nimi posługiwać, kto jest zdolny do logicznego wnioskowania oraz do analizy ludzkich charakterów, cnót i, po trzecie, doznawanych uczuć, tj. do określenia, czym jest każde uczucie, jakie ma właściwości, skąd i w jaki sposób się rodzi.
Arystoteles, Retoryka, 1356a, tłum. H. Podbielski.

Gdy odwołujemy się do rozumu i w argumentacji przedstawiamy dowody, tj. uzasadnienie, że dane przekonanie jest prawdziwe, to odwołujemy się do logosu i argumentujemy w sposób merytoryczny (każdy inny sposób należy potraktować jako pozamerytoryczny). Gdy w argumentacji staramy się wywołać pewien stan emocjonalny czy odpowiedni nastrój, to odwołujemy się do patosu. Mogą to być emocje pozytywne lub negatywne, a wywołać je można np. przez odpowiednio dostosowany opis (np. drastyczny), ale także przez wskazanie (obiecanie) korzyści lub strat (zastraszenie). Na płaszczyźnie patosu odwołujemy się nie do rozumu, lecz emocji oraz pragnień.

Natomiast zgodnie z płaszczyzną etosu w argumentacji ważna (a niekiedy decydująca) jest osoba przemawiająca i jej charakter. Arystoteles określa etos także jako postawę etyczną, postawę, jaką okazuje mówca, lub nastawienie mówcy. Dziś być może lepiej powiedzieć: ogólny wizerunek, czyli to, jak mówca jest postrzegany (ale podkreślmy, że byłoby to pewne odejście od idei samego Arystotelesa), zwłaszcza: konkretnie w chwili wygłaszania mowy. Jeszcze inaczej moglibyśmy powiedzieć, że etos określa, czy mówca jest traktowany jako autorytet, ktoś wiarygodny i rzetelny, obdarzony mocą, możliwościami i uprawnieniami do podjęcia działania.

Czy przestępcy mogą mieć swój etos? Oczywiście, jeśli uznamy, że etos to rzetelność, prawdomówność i wiarygodność, to sprawa się komplikuje. Myślę, że warto to pojęcie ująć (rozszerzyć), by dało się mówić o etosie relatywnie do pewnej grupy. Escobar dla wielu Kolumbijczyków był bohaterem, choć dla władzy był przestępcą.

Wróćmy do serialu „Narcos”. Dwie przywołane sceny, które otwierają kolejne dwa sezony, ilustrują w niespotykany sposób przemianę głównego bohatera (wyrazy uznania dla scenarzystów za niesamowitą paralelę). Niesamowitości tym scenom dodaje spojrzenie na nie z punktu widzenia przedstawionego za Arystotelesem. Pierwsza ze scen pokazuje Escobara jako argumentującego na płaszczyźnie patosu – w sposób bardzo sprawny i przenikliwy dobiera on środki perswazji, wie, że nie powinien rozgrywać tej partii na gruncie logosu. Druga pokazuje, że może on obyć się już nawet bez patosu. Jego etos, status, autorytet, są tak silne, że nie musi uzasadniać (wobec niektórych!) swoich przekonań i czynów. Nazwanie żołnierza „synem” chyba najpełniej określa relację, jaka między nimi zachodzi: jest ona nierównorzędna, to Escobar stoi wyżej, on ma władzę. Ale określenie to wskazuje także, że Escobar jest opiekunem, aresztowanie go zaś byłoby aktem niewdzięczności.

Sceny te uświadamiają, jak ogromną siłę może mieć etos (dobre imię, wizerunek, autorytet) – i że warto o niego dbać i o nim pamiętać. Arystoteles był zwolennikiem argumentacji merytorycznej, jednakże miał świadomość, że to właśnie etos jest najsilniejszym czynnikiem perswazyjnym. Etos to nie tylko autorytet mówcy, ponieważ etos realizuje się w mowie – na nic autorytet mówcy, jeśli da się ponieść emocjom i da im upust, jeśli nie okaże szacunku swojemu rozmówcy lub audytorium – np. poprzez dobór słów lub zachowanie.

Jeśli zaczniemy szukać wokół nas osób o silnym etosie, to prawdopodobnie czeka nas duże rozczarowanie. Tym, jak niewiele ich znajdziemy, i tym, jak dużo dostrzeżemy prób mających na celu ich zdyskredytowanie, jeśli tylko narażą się jakiejś opcji politycznej, redakcji, grupie społecznej itp. Celowo nie wskazuję osób z nazwiska, bo sprawa dotyczy różnych/wszystkich stron (barykady?). Tą konstatacją zakończę, ale ciąg dalszy nastąpi.

Przyjaciele i krytyczne myślenie: sztuka argumentacji

W „Przyjaciołach” znajdziemy wiele scen, w których ktoś próbuje kogoś do czegoś przekonać. Zazwyczaj argumenty te mają wartość z punktu widzenia retoryki czy erystyki, ale niekoniecznie z perspektywy logiki. Krótko mówiąc, gdy ktoś próbuje przekonać kogoś do wiary w przekonanie P lub do podjęcia decyzji D, to nie stara się o podanie obiektywnych, prawdziwych racji, lecz stosuje rozmaite środki retoryczno-perswazyjne, by ów efekt uzyskać. Często są to środki bardzo efektowne i zabawne – serial komediowy rządzi się przecież swoimi prawami. Myślę, że adeptów myślenia krytycznego powinno to skłonić do refleksji, że nie zawsze dobre argumenty mogą być przekonujące czy efektywne, natomiast przekonujące mogą okazać się argumenty słabe: wątłe merytorycznie czy logicznie. Niby znana rzecz, ale zawsze warta podjęcia na nowo.

Klasyczny przykład argumentów/chwytów erystycznych znajdujemy w historii wojny trojańskiej. Bogini Eris wywołała spór między trzema boginiami, rzucając złote jabłko z napisem „Dla najpiękniejszej”. Spór miał rozstrzygnąć Parys, jednakże każda z trzech bogiń: Afrodyta, Atena i Hera, starała się nakłonić Parysa, by wybrał właśnie ją. Afrodyta obiecała mu za żonę Helenę, Atena – mądrość, a Hera – władzę. W tym wypadku przekupstwo stanowi argument za tym, aby uznać jedną z bogiń za najpiękniejszą. Zauważmy, że nie jest to argument merytoryczny: „Powinieneś być przekonany/uznać, że jestem najpiękniejsza, ponieważ otrzymasz to a to” nie ma nic wspólnego z kryteriami bycia pięknym. Takie kryteria mogłyby na przykład dotyczyć proporcji figury, nieskazitelnej cery czy ogólnej gracji. Argument merytoryczny mógłby wyglądać tak: „Powinieneś uznać, że jestem najpiękniejsza, ponieważ mam najdoskonalsze proporcje ciała”. Żadna z bogiń nie odwołuje się do kryteriów piękna. Wykorzystują argumentację erystyczną, nie zaś merytoryczną. Każdej z nich należy na wygranej, a nie na prawdzie.

***

A jak to wygląda w „Przyjaciołach”? Interesującą próbkę przykładów ilustrujących powyższy problem odnajdujemy już w trzecim odcinku serialu (S01E03). Joey przygotowuje się do roli, która wymaga od niego umiejętności palenia papierosów. Joey nigdy nie palił, więc nie za bardzo sobie radzi z tym zadaniem. Z pomocą przychodzi Chandler, który pokazuje Joeyemu, jak się pali, a tym samym powoduje u siebie… nawrót nałogu nikotynowego. Reszta przyjaciół jest tym stanem poirytowana i próbują przekonać Chandlera, by rzucił palenie. W jednej ze scen, gdy Chandler próbuje zapalić papierosa, reagują oburzeniem. Jednak Chandler wychodzi z sytuacji obronną ręką:

Argument Chandlera jest następujący: „Mam wadę. Wszyscy je mamy (następuje wyliczenie). Ja szanuję wasze wady, więc wy powinniście szanować moją”.

Rzecz jasna, nie jest to argument, któremu nie można nic zarzucić od strony logicznej, jednakże okazuje się on skuteczny. Zauważmy kilka rzeczy:

  • bardzo wątpliwe jest, czy palenie Chandlera należy uznać jedynie za wadę. Jednakże taka kwalifikacja jest a) proporcjonalna do zarzutów reszty przyjaciół, b) przy okazji umniejsza rangę przypadłości Chandlera. Jest proporcjonalna, ponieważ grupa przyjaciół oburza się na Chandlera w stylu: przestań, to obrzydliwe, irytujące, przeszkadza nam. Rachel stwierdza: „To gorsze niż kciuk (który Phoebe znalazła w puszcze napoju gazowanego)”. Zwróćmy uwagę, że argument ten miałby większą wartość, np. gdyby któraś z siedzących kobiet była w ciąży lub ktoś był uczulony na dym papierosowy. Tak jednak nie jest.
    Chandler stosuje zatem strategię podobnego kalibru. Po pierwsze oburza się: to niesprawiedliwe. Następnie wykorzystuje chwyt tzw. „belki w oku”: wy też robicie rzeczy, które są irytujące – macie wady – ale ja je akceptuję. Okazuje się jednak, że grupa reaguje na swoje wady w różny sposób – Joey uznaje gryzienie włosów przez Phoebe za bardzo irytujące, Ross – za urocze.
    Jednakże powiedzenie, że palenie to wada, jest określeniem eufemistycznym, pomija w szczególności skutki zdrowotne czy kwestie finansowe związane z nałogiem – od których wolne są przecież wady innych przyjaciół wymienione przez Chandlera.
  • nikt nie wskazuje na luki w argumentacji Chandlera: nikt nie podważa uznania palenia za wadę, nikt nie podważa prawa Chandlera do tego, by jego wada była szanowana przez innych (swoją drogą może nie bez znaczenia jest to, że rzecz dzieje się w USA ;)). Ktoś z przyjaciół mógłby stwierdzić, że grupa akceptuje inne wady Chandlera (dajmy na to dziwne poczucie humoru), a tolerancja nie powinna obejmować palenia – jako wady/przypadłości szczególnie irytującej.
  • tak czy siak: Chandler osiągnął swój cel – grupa zaczęła się kłócić między sobą, a on mógł spokojnie sobie zapalić. Kłótnia przyjaciół pokazuje, że Chandler podrzucił przy okazji temat zastępczy. Kwestią już nie jest to, że Chandler nie powinien palić, lecz to, jakie kto ma wady i jak bardzo są irytujące. Wydaje się, że Chandler subtelnie zmienił temat, podrzucił – być może nieintencjonalnie – tzw. wędzonego śledzia (red herring).

Argumenty zdrowotne, czyli nieco bardziej merytoryczne i zupełnie naturalne, gdy rzecz dotyczy palenia papierosów, pojawiają się w późniejszej scenie. Chandler stwierdza jednak, że ma dosyć dyskusji o raku, rozedmie czy chorobach serca – upiera się, że palenie jest super… i wszyscy o tym wiedzą. Ja z kolei myślę, że wszyscy wiemy, jak trudno jest przekonać (skutecznie) kogoś do tego, by przestał palić. Napisy czy drastyczne zdjęcia na paczkach papierosów nie mają wielkiej mocy perswazyjnej, osoby palące stosują szereg wybiegów pozwalających im na uspokojenie swojego sumienia (i wyciszenie dysonansu poznawczego): racjonalizację, szukanie kozła ofiarnego, przeformułowanie znaczenia, identyfikację z grupą, wypieranie… Tymczasem Chandlerowi pozwala w omawianym odcinku wyjść z nałogu jedna rozmowa telefoniczna!

Niestety, nie mogę podać odnośnika do tej sceny, ponieważ nie jestem w stanie znaleźć jej w internecie. Podam zatem kilka szczegółów. Rozmowa toczy się między Chandlerem a Alanem – nowym chłopakiem Moniki – którego cała paczka bardzo polubiła, którego bardzo szanują itp.

Alan dzwoni do Chandlera. W scenie z tą rozmową telefoniczną nie słyszymy, co mówi Alan, słyszymy jedynie, co mówi Chandler: „Fakt… Nikt mi dotąd tego tak nie wyłożył…”. Rozmowa trwa dosłownie kilka sekund. Scena pomyślana bardzo sprytnie, nieprawdaż? Co mogło zadziałać na Chandlera? Oczywiście, trudno powiedzieć. Bohater czemuś przytakuje i stwierdza, że to, co usłyszał, jest dla niego jakąś nowością. Być może Alan wiedział, co należy poruszyć, by przekonać Chandlera. Być może podziałał sam autorytet Alana – niezależnie od tego, co zostało powiedziane. Może były to proste zdania lub wręcz truizmy: „Nie powinieneś palić. Powinieneś być silniejszy niż twój nałóg” – ale wypowiedziane przez odpowiednią osobę przekonały Chandlera. W każdym razie Chandler przestaje palić i dopiero w którymś z kolejnych sezonów nałóg wraca… wówczas pomaga dopiero kaseta z przekazem bazującym na hipnozie… kierowanym do kobiet. Ale to już materiał na inną opowieść.

***

Drugi interesujący przykład sporu z „Przyjaciół” to dyskusja między Rossem a Phoebe na temat wartości teorii ewolucji. Ross jako doktor paleontologii jest obrońcą tej teorii przed zarzutami wysuwanymi przez Phoebe – naukową dyletantkę, która wielokrotnie dawała wyraz swoim dziwacznym przekonaniom, przesądom, zainteresowaniom zjawiskami paranormalnymi itp. Ross bynajmniej wcale nie ma łatwego zadania, a Phoebe bynajmniej nie w każdym momencie plecie trzy po trzy (S02E03).

 

Rzecz zaczyna się od nieco oszołomiarskiego stwierdzenia Phoebe, że… jest wiele rzeczy, w które nie wierzy, ale nie znaczy, że nie istnieją (co ma chyba przekonać przyjaciół, że mogą nie wierzyć w aury, ale to nie wyklucza, że można je odczuwać i że nawoływanie zmarłych – by szli do światła – ma jakiś sens). Teoria ewolucji pojawia się w niezbyt zacnym towarzystwie kręgów w zbożu i trójkąta bermudzkiego. Na pytanie Rossa, dlaczego nie wierzy w ewolucję, bohaterka odpowiada zbitką rodem ze słownika komunałów Flauberta: „małpy, Darwin, sympatyczna historia, ale zbyt prosta”. Ross proponuje swoje rozumienie ewolucji: wykształcenie się każdej formy życia z organizmów jednokomórkowych w procesie trwającym wiele milionów lat. Odpowiedź Phoebe zdradza lekceważenie: „nie kupuję tego”. Ross tymczasem rozpędza się i stwierdza, że ewolucja jest naukowym faktem… podobnie jak powietrze czy grawitacja. Phoebe nie wierzy jednak i w grawitację – czuje się raczej odpychana, niż przyciągana.

Zadziwiające są dwie rzeczy (aczkolwiek być może niedostrzegalne przy pierwszym oglądaniu tej sceny): nonszalancja Phoebe, która jeśli tylko się nie zgrywa, to sprawia wrażenie kretynki; zacietrzewienie Rossa, który nadaje teorii ewolucji rangę nie hipotezy naukowej, lecz czystego faktu. O ile w wypadku Phoebe możemy podejrzewać, że tylko przyjmuje pewną ironiczną postawę, to jeśli tylko zastanowimy się nad tym, co mówi Ross – skądinąd naukowiec – powinniśmy być naprawdę zaalarmowani – jego całkowitą pewnością, niedopuszczającą cienia wątpliwości.

Ross stawia sobie za punkt honoru przekonanie Phoebe do teorii ewolucji. Przywołuje dowód – skamieliny odnajdywane na całym świecie. Stwierdza, że gdy na nie patrzymy dosłownie możemy zobaczyć, jak gatunki ewoluowały w czasie. Phoebe wyznaje, że o tym nie wiedziała, nawet sprawia wrażenie przekonanej, ale wówczas mówi coś, co normalnie uznalibyśmy za wiarę w teorię spiskową: „prawdziwą kwestią jest, kto umieścił wszystkie te skamieliny i po co”. Możemy interpretować tę wypowiedź jako wysuniętą serio, zgrywanie się w psychologicznej grze z Rossem – ale możemy też widzieć w tym dążenie do ustalenia statusu teorii ewolucji. Ross nie stwierdza już, że ewolucja jest faktem, lecz przedstawia dowody, które mają ją potwierdzać – widać pewien progres, ale to jeszcze nie jest dla Phoebe etap satysfakcjonujący, wiarygodny.

Jako kolejny dowód ma posłużyć przeciwstawny kciuk. Ross pyta Phoebe, jak można wyjaśnić ich istnienie. Pheobe odpowiada, że może kosmici potrzebowali ich do sterowania pojazdami. Nie takiej odpowiedzi oczekiwał paleontolog. Zwróćmy uwagę, że w tym momencie Ross zwraca uwagę na ważną cechę teorii ewolucji, mianowicie: jej moc wyjaśniającą. O ile skamieliny mają świadczyć o jej prawdziwości, o tyle przeciwstawny kciuk to przedmiot wyjaśnienia. Phoebe oferuje jednak hipotezę alternatywną: być może jesteśmy przodkami nie małp (czy też precyzyjniej: nie mamy z małpami wspólnego przodka), lecz kosmitów. Do tej kwestii jeszcze wrócimy.

Phoebe wskazuje ponadto, że być może tym, co należy wyjaśnić, jest obsesja Rossa, aby każdy się z nim zgadzał. To chyba może świadczyć o tym, że sprzeciwia mu się z czystej przekory…

W kolejnej scenie Phoebe wprost stwierdza, że nie neguje ewolucji, ale próbuje powiedzieć, że to tylko jedna z możliwości. Ross brnie w zaparte, stwierdzając, że jest to możliwość jedyna. Phoebe wysuwa w końcu dosyć typowy argument pojawiający się w sporach o możliwość błędu w badaniach naukowych, mianowicie: fakt, że kiedyś naukowcy wierzyli, iż Ziemia jest płaska, oraz że niektóre przekonania i teorie naukowe z czasem zrewidowano lub odrzucono, jak w wypadku budowy atomu. Na tej podstawie – stosując strategię egzaminatora, polegającą na zadawaniu serii pytań – przypiera Rossa do muru i uzyskuje od niego przyznanie się, że „istnieje mała możliwość, by teoria ewolucji była fałszywa”. To wyznanie Phoebe uznaje za wyparcie się Rossa jego systemu przekonań – pyta go, jak będzie mógł pójść nazajutrz do pracy, jak będzie mógł spojrzeć w twarz sobie i innym naukowcom.

Po tym upokorzeniu Rossa staje się w końcu oczywiste, że dla Phoebe była to tylko gra.

Z tej wymiany możemy wyciągnąć kilka dosyć ważnych nauk:

  1. Trudno polemizować z ironistą.
  2. Nawet ktoś będący ignorantem może mieć do powiedzenia coś interesującego i wartościowego.
  3. Hipotezy naukowe są jedynie hipotezami, ale aż teoriami. Tzn. mają dużą wartość eksplanacyjną i predykcyjną, choć nie są bezwarunkowo prawdziwe. Teorie naukowe – jako wyjaśnienia zaobserwowanych faktów – są zawodne, tzn. mogą okazać się fałszywe, wówczas należy je zrewidować, tzn. dopracować szczegóły, lub odrzucić.
  4. Zadajmy sobie pytanie, czy potrafimy uzasadnić, że teoria ewolucji jest lepszym wyjaśnieniem niż hipoteza pozaziemskiego pochodzenia człowieka? Otóż istnieją kryteria pozwalające na określanie, która z konkurencyjnych hipotez jest lepsza (choć nie przesądza to jej prawdziwości). Hipoteza powinna być pełna (obejmować wszystkie zjawiska wymagające wyjaśnienia), głęboka (nie prowadzi do hipotez bardziej kontrowersyjnych), silna (można ją zastosować do wyjaśnienia innych przypadków), falsyfikowalna (można zaproponować eksperyment, który byłby w stanie obalić teorię), skromna (nie powinna obejmować więcej, niż potrzeba do wyjaśnienia danego zjawiska), prosta (nie powinna bez potrzeby wprowadzać nowych rodzajów bytów) i konserwatywna (zgodna z naszymi innymi dobrze ugruntowanymi przekonaniami). Tzn. hipotezę pełniejszą uznamy lepszą niż mniej pełną itd. Teoria ewolucji wydaje się m.in pełniejsza, silniejsza, prostsza i bardziej konserwatywna niż hipoteza pochodzenia pozaziemskiego. Przynajmniej na razie. 😉
***

Prawdziwą perełkę stanowi jednak jeszcze inna scena (S06E22). To scena, w której Ross musi zmierzyć się z ojcem swojej dziewczyny (trochę podobnie jak z ojcem Rachel). Tym razem Ross spotyka się z Elizabeth, swoją studentką. Jednakże jej ojciec Paul Stevens – postać grana przez Bruce’a Willisa – jest bardzo niechętny ich związkowi. Pan Stevens z kolei spotyka się z Rachel, która przy okazji stara się ocieplić wizerunek Rossa. Wyobrażenie o tym, jak napięta jest sytuacja, daje poniższy fragment:

To jednak jeszcze nie koniec intrygi. Pan Stevens w pewnym momencie stawia Rossowi ultimatum: jeśli ten nie zakończy znajomości z Elizabeth, to o wszystkim dowie się uczelnia. A wówczas Ross straci pracę. Ross mimo to spotyka się Elizabeth i wyjeżdża z nią do domku letniskowego jej ojca (domu po babci). W tym samym czasie do tego domku przybywa Pan Stevens z Rachel. Ross jest w tarapatach… I w tym momencie dzieje się coś nieoczekiwanego:

Ross wydaje się już całkowicie przegrany (aczkolwiek przynajmniej wpadł jeszcze na jakiś ostatni pomysł: „I właśnie dlatego nie możemy ze sobą chodzić”, zdarzało mu się w podobnych sytuacjach zaniemówić). Jednakże, gdy wyraźnie nie ma już nic do stracenia, podejmuje walkę erystyczną. Po pierwsze, daje do zrozumienia, że jest mu wszystko jedno („Rób, co chcesz”). Po drugie, odwołuje się do podobieństwa: „Ja także jestem schludnym facetem”, wykorzystując kod zrozumiały tylko dla Paula. To wyraźny sygnał, że Ross wie o czymś, o czym inni powinni nie wiedzieć. Potwierdza to kolejnym cytatem, odtańczeniem choreografii Paula i wydaniem okrzyku…

Krótko mówiąc: Ross stosuje dosyć podstawową i (na ogół) naiwną technikę manipulacyjną, jaką jest szantaż. Przy czym warto zauważyć, że jest to szantaż zakomunikowany w bardzo subtelny sposób, polegający na daniu drugiej stronie do zrozumienia, o czym się wie (w tym wypadku: o kompromitującym zachowaniu Paula). Sama groźba i jej cel nie zostały wyrażone wprost, wywarta zaś została presja. Reszta w tym kontekście jest oczywista: Ross nie musi tłumaczyć, jakie byłyby skutki, gdyby o sytuacji z sypialni powiedział Rachel lub Liz, nie musi uzasadniać, że jest gotów o tym powiedzieć, nie musi wyjaśniać, czego oczekuje od Paula. Wszystko jest oczywiste, niepożądane konsekwencje zaś – realne.

Jak widzimy, Ross nie odwołuje się już do racjonalnej argumentacji – ta po prostu wcześniej się nie sprawdziła, okazała się nieefektywna. Pan Stevens zagroził Rossowi, że doniesie na niego do władz uczelni. Odpowiedź Rossa to szantaż na szantaż. Wola jednego przeciw woli drugiego (nie zaś racje jednego przeciw racjom drugiego).

Ta zabawna sytuacja z „Przyjaciół” obrazuje także problem poważniejszy, który pasuje bardziej do takich seriali jak dajmy na to „Gra o tron”, „House of cards” czy „Rodzina Borgiów” – przedstawiających realia rozgrywek politycznych. Te gry oczywiście odwołują się w jakiejś mierze do argumentów merytorycznych i racjonalnych dyskusji, ale niewątpliwie w dużej mierze budowane są na strategiach dotyczących (kreowania i niszczenia) wizerunku, wiarygodności i etosu. Chętnie wykorzystuje się w niej groźby, szantaże, przeróżne haki. Oczywiście, nie tylko w serialach.

Przyjaciele i krytyczne myślenie: implikatury i „ale”

Zestawienie „Przyjaciele” i logika (formalna) byłoby zapewne zbyt karkołomne, ale jestem pewien, że wiele scen z tego serialu może posłużyć jako ilustracja problemów z zakresu teorii krytycznego myślenia (czyli dziedziny, którą moglibyśmy nazwać „logiką” ale z dopiskiem: „nieformalną” lub „pragmatyczną”). Postanowiłem przygotować zestawienie kilkunastu scen z „Przyjaciół”, które przedstawiają jakiś problem interesujący z punktu widzenia krytycznego myślenia. Na początek – implikatury i „ale”.

Słowo „ale” pełni ważną rolę w argumentacji.

Przede wszystkim sygnalizuje ono zastrzeżenia czy też zarzuty do rozważanej argumentacji, kontrracje. Rozważmy prostą wypowiedź argumentacyjną: „Powinieneś pójść na studia, ponieważ po studiach masz większe szanse na znalezienie dobrej pracy, ale tylko jeśli ukończysz je z wyróżnieniem”. Zastrzeżenie wprowadzone przez słowo „ale” wskazuje na to, że związek między skończeniem studiów a znalezieniem dobrej pracy nie jest ścisły, wymaga spełnienia dodatkowych warunków. Zastrzeżenia mogą dotyczyć różnych pięter argumentacji: przesłanek lub samej tezy.

Słowo „ale” pełni także drugą ważną funkcję, tzw. funkcję odpierającą (discounting – według Waltera Sinnotta-Armstronga). Jest to jeden ze sposobów uniknięcia regresu argumentacji (obok zapewniania, chronienia i wartościowania), który polega na tym, że przywołujemy możliwy zarzut względem naszego stanowiska i rozprawiamy się z nim właśnie słowem „ale”, po którym wprowadzamy ważniejszą – w naszej opinii – rację na rzecz naszego stanowiska. Rozważmy prosty przykład: „Ta zabawka sprawiłaby Jasiowi wiele radości, ale jest zbyt droga”. To, że zabawka sprawiłaby radość Jasiowi, stanowi rację za tym, by ją kupić i podarować Jasiowi. Jej cena (oceniona jako zbyt wysoka) stanowi jednak powód, dla którego zdaniem mówiącego należy z zakupu zrezygnować. Powód ten jest uznany za ważniejszy.

Słowo „ale” pełni jeszcze trzecią – bardzo interesującą – funkcję, mianowicie służy do kasowania implikatur. Implikaturami nazywamy takie treści, które są dawane do zrozumienia lub sugerowane, ale nie wynikają wprost z tego, co zostało powiedziane. Oczywiście, potrzebujemy przykładu. Rozważmy następującą sytuację: Marek kupił swojej dziewczynie Joli kwiaty na walentynki. Jola pyta Marka: „Gdzie je kupiłeś?”. Na co Marek odpowiada: „Tam, gdzie sprzedają kwiaty”. Odpowiedź ta nie jest zbyt precyzyjna, nie dostarcza wystarczającej ilości informacji, ale może być próbą dania Joli do zrozumienia, że to nie jest ważne, że to nie jej sprawa, nie powinno jej to interesować (z jakiegoś powodu) itp. To właśnie treści, które są implikaturami. Odczytując implikatury, skazani jesteśmy na domysły. Ponadto implikatury są kasowalne – może do tego posłużyć właśnie słowo „ale”. Marek mógłby powiedzieć np „Tam, gdzie sprzedaje kwiaty… ale nie próbuję przez to powiedzieć, że to nie Twoja sprawa. Po prostu nie wiem, jak to dokładnie wytłumaczyć”.

Po tym krótkim wstępie przyjrzyjmy się trzem fragmentom z „Przyjaciół”.

Pierwsza z nich (S04E09) to rozmowa Rachel o pracę na stanowisku zaopatrzeniowca. Jej szefowa – Joanna – stara się nie dopuścić do awansu swojej asystentki, choć wcześniej wyraziła zgodę na to, by Rachel ubiegała się o to stanowisko.

Wypowiedzi Joanny: „Nowy system przechowywania dokumentów? Kolorowe etykietki przy teczkach ożywiły wnętrza szafek”, „Rachel co rano przynosi mi bajgla – i prawie zawsze na czas”,  „Jest jeszcze kawa. Przynosi dwie rzeczy równocześnie”, „Rachel może się tylko za bardzo spoufalić. Uwielbia pracę z projektantami… z nimi czy pod, co za różnica?” mają dawać do zrozumienia, że Rachel nie jest odpowiednią kandydatką na stanowisko zaopatrzeniowca: jej dotychczasowe obowiązki nie są zbyt poważne, nie wywiązuje się z nich wzorowo, wdrażane przez nią ulepszenia mają charakter wyłącznie estetyczny, a nie funkcjonalny, ponadto ma skłonność do flirtowania ze współpracownikami (i jeszcze w dodatku nadużywa alkoholu).

Druga (S04E16) w mistrzowski sposób pokazuje działanie i siłę „ale” (właściwy fragment od 3.05, potem 4.00). Rachel stara się za wszelką cenę poderwać Joshuę, którego poznała jako klienta w swojej pracy, podejmując coraz bardziej rozpaczliwe próby zauroczenia go sobą (sfingowane przyjęcie pożegnalne dla Emily, a potem kilka numerów popisowych z czasów studenckich, mających działać za każdym razem: strój czirliderki i zdejmowanie biustonosza).

W tym wypadku „ale” pełni typową funkcję: „podobasz mi się, ale dopiero, co się rozwiodłem, nie jestem jeszcze gotowy”… Joshua stwierdza, że ważniejsze powody przemawiają za tym, by nie być razem. Kolejne „ale” – upragnione i wyczekiwane przez Rachel – w końcu przychodzi, gdy Joshua wraca na klatkę schodową: „Twierdziłem, że nie jestem gotowy, ale…”. Podanie racji za byciem razem już nawet nie jest potrzebne: brak gotowości do związku został potraktowany jako okoliczność mniej ważna niż… chęć bycia z Rachel.

Scena trzecia (S08E08) to prawdziwa perełka. Ojciec Rachel – dr Leonard Green – dowiaduje się, że jest ona z Rossem w ciąży. Gdy pyta, kiedy ślub, Rachel daje mu do zrozumienia, że ślubu nie będzie… z winy Rossa. Ojciec Rachel odwiedza Rossa w jego mieszkaniu w czasie, gdy Ross spotyka się właśnie ze swoją nową dziewczyną Moną, jeszcze niewtajemniczoną w sprawy Rossa i Rachel. W efekcie Ross znajduje się między młotem a kowadłem, stara się zachować twarz, wyrazić jak najprecyzyjniej i możliwe jak najbardziej dyplomatycznie wobec obu stron, wykasowując niepożądane implikatury tego, co powiedział.

Przytoczmy fragment:

  • Zrobiłem dziecko Rachel… ale to była tylko jedna noc – bez znaczenia.
  • Moja córka nic dla Ciebie nie znaczy?
  • Wiele dla mnie znaczy. Kocham Rachel…
  • Co?
  • … ale nie w ten sposób – nie jestem w niej zakochany, kocham ją jak przyjaciółkę.
  • Tak traktujesz przyjaciół? Wpędzasz w kłopoty, a potem nie chcesz się żenić?
  • Zaproponowałem jej to…
  • Co?
  • … ale nie chciałem.
  • (…) Jak mogłeś ukrywać to przede mną?
  • Miałem ci powiedzieć, ale…
  • Ale co? Myślałeś, że dostaniesz, czego chcesz, a potem ją rzucisz tak jak Rachel?
  • Nie rzuciłem Rachel… ale nie jesteśmy już razem.

Następnie Joey nagrywa na automatyczną sekretarkę wiadomość, która jeszcze bardziej pogrąża Rossa. Warto też zobaczyć, jak Rachel tłumaczy Monie sytuację z Rossem – tam też jest kilka świetnych „ale”. W każdym razie rozmowę Mony z Rossem zamyka następująca wymiana:

  • Czemu mi o tym nie powiedziałeś?
  • To, co się dzieje między mną a Rachel, nie ma nic wspólnego z moim uczuciem do ciebie.
  • Jednak powinieneś mi powiedzieć.
  • Zamierzałem, ale… pomyślałem, że lepiej będzie, jak usłyszysz to od ojca Rachel. 😉

 

Sądzę, że powyższe trzy sceny stanowią znakomitą ilustrację problemu implikatur i funkcji słowa „ale”. Być może nabraliście ochoty, by sprawdzić, jak działa to słowo w kontekstach bardziej typowych i poważniejszych, czyli raczej nie serialowych. Gorąco zachęcam! Polecam na przykład przejrzenie archiwum analiz tekstów, ale i czujność w Waszych kolejnych lekturach.

Sam też wyszukałem pewien interesujący przykład: warto zobaczyć, jak zbudowany jest tekst prof. Jacka Hołówki „Więcej roztropności w sprawie imigrantów!”. Otóż konstrukcja tego tekstu, będącego próbą przywołania i wyważenia różnych racji w sprawie imigrantów (w imię roztropności), opiera się na dwóch zabiegach: postawieniu wielu pytań oraz rozważeniu i hierarchizacji różnych przesłanek przemawiających za przeciwnymi stanowiskami w omawianej kwestii. Wręcz gołym okiem widać, że nagromadzenie znaków zapytania oraz słów odpierających jest znaczne – obrazują one głównie to, jak złożona jest sprawa imigrantów, jak różne racje należy uwzględnić, na jak wiele pytań odpowiedzieć, zanim zdecydujemy się jakieś stanowisko zająć odpowiedzialnie, czy też: roztropnie.

Kolejne spotkanie z „Przyjaciółmi” już niebawem.

Holocaust gimbów – analiza

Bożena Dunat, Holocaust gimbów, ANGORA nr 3 (17 I 2016); przedruk z NIE (Nr 2 (8–14 I)).

17 lat temu rząd AWS postawił na gimnazja, żeby oddzielić młodsze dzieci od starszych, dorastających. Miał to być warunek rozwoju jednych i drugich. Jak gdyby ósmoklasiści z upodobaniem szukali towarzystwa pierwszaków, żeby je demoralizować. Chociaż każdy nauczyciel z podstawówki wie, że wychowankowie zamykają się w swoich grupach rówieśniczych.

Drugi powód reformy wyglądał poważniej . Gimnazja służyły wyrównaniu szans gorszych uczniów. Średniak z kiepskiej podstawówki nie odnajdywał się w liceum. Umieszczony w gimnazjum z dobrymi nauczycielami miał nadrobić braki.

Rozpusta

Najlepszy uczeń nie mógł wybrać renomowanego gimnazjum na drugim końcu miasta – z powodu rejonizacji był skazany na najbliższe. Zresztą z założenia nie miało być renomowanych gimnazjów.

To teoria. Praktyka?

Rodzice gimnazjalistów i dyrektorzy szkół obchodzą prawo, bo jedni i drudzy nie są zainteresowani urawniłowką . Pierwsi na czas naboru meldują pociechy u babć czy koleżanek mieszkających w pobliżu dobrego gimnazjum. Drudzy rezerwują tzw. miejsca dyrektorskie, które rozdzielają, jak im się podoba. Efekt: wyniki egzaminów w gimnazjach różnią się nawet o 40 proc. Zbadał to Uniwersytet Warszawski .

Segregacja odbywa się też w chwili przydziału uczniów do klas. Obowiązuje zasada: łączyć lepiej rokujące dzieci.

– O tym nie mówi się głośno, ale w każdym gimnazjum istnieją klasy dla uczniów zdolnych i tzw. wyrównawcze – mówi Agata, polonistka jednej z warszawskich szkół .

Czy to źle ?

Dobrze , bo nikt nie spowalnia tych, którzy chłoną wiedzę – zapewnia .

Tyle że gorsze klasy to getta dla trudnej młodzieży. Wybucha skandal za skandalem. Wódka, seks, przemoc.

Z badań Krajowego Biura ds. Przeciwdziałania Narkomanii i Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych wynika, że to nie są incydenty. 60 procent polskich 15-latków pije. Co dziesiąty pali marihuanę.

Autorytety zbliżone do Kościoła wyartykułowały, że taka degrengolada to wina gimnazjów. Dzieciaki trafiają do szkoły w złym wieku. Zamiast przeżyć burzę hormonów w znanym bezpiecznym środowisku, pod okiem sprawdzonych opiekunów, są rzucane na głęboką wodę . Nie mogą liczyć na pomoc belfrów , których nie znają. Nauka schodzi na dalszy plan, ważniejsza staje się walka o status w nowej grupie.

Paciorek

Świeckie autorytety też wysuwały zastrzeżenia. Proces nauczania poszatkowano ; zamiast zdobywać wiedzę potrzebną w życiu, dzieciaki uczą się pod testy. W sprawie gimnazjów naród nie miał wątpliwości. Z badań Homo Homini wynikało : 60 procent obywateli nie chce tych szkół. Gimnazja do wora, wór do jeziora – żądali Polacy, a PiS słuchał.

– Gimnazjum się nie sprawdziło, jest w nim więcej przemocy niż w szkołach zawodowych – zagadał latem 2015 r. typowany przez PiS na ministra edukacji Sławomir Kłosowski . We wrześniu tego samego roku szef Rady Programowej PiS Piotr Gliński zapowiedział, że te siedliska zła i rozpusty będą likwidowane natychmiast po przejęciu przez jego partię władzy, czyli w 2016 r.

– To będzie wygaszanie – uspokajał nauczycieli, że nikt nie trafi na bruk. Czyli najpewniej już w 2016 r. szóstoklasiści nie pójdą do gimnazjów, ale dopiero po trzech latach szkoły te w ogóle przestaną istnieć.

– Jak już nie będzie gimnazjów, PiS postawi na wychowanie patriotyczne, będzie przyuczać do obowiązkowości, nagradzać pracowitość. To będzie antidotum na obecne rozpasanie podkreślali zgodnie politycy .

Generalnie przekaz jest taki: precz z innością. Dobre , co polskie. Polski schabowy, polski bohater, polski ksiądz. Tego trzeba uczyć od przedszkola. W procesie edukacji najważniejsze jest wychowanie, a nie umiejętność odpowiadania na zunifikowane testy, przemycające nie wiadomo jakie wartości.

Uczniowie, którzy nie uzyskają wystarczająco wysokiej oceny z wychowania, powinni powtarzać rok. Ta ocena musi mieć związek ze stopniem z religii, bo Kościół buduje kręgosłup moralny obywatela.

Brylanty

Za najlepszą uchodzi szkoła fińska. Dziecko nie jest tam prawie wcale testowane, nauczyciele starają się nie zadawać prac domowych. Nie oceniają uczniów, bo na wstępnym etapie chodzi o to, aby dziecko odnalazło swoją pasję i było gotowe do uczenia się później. Po zawodzie lekarza belfer to drugi najbardziej pożądany zawód w tym kraju. Dostać się na pedagogikę jest trudniej niż na prawo.

Europa kombinuje, jak pracować z uczniami wybitnie zdolnymi , zwłaszcza z prowincji. Rzecz nie tylko w tym, jak szlifować brylanty. Sukces zależy od tego, żeby je odpowiednio wcześnie znaleźć.

Najpilniejsze dziś pytanie w Polsce: co z gimnazjum? A powinno brzmieć: co po gimnazjum?
Przecież likwidacja tych szkół nie zaowocuje wstrzemięźliwością nastolatków. Nadal będą pić i palić. Burza hormonów, wchodzenie w dojrzewanie da o sobie znać w każdym typie szkoły. Chyba żeby zlikwidować wiek gimnazjalny.

Cały naród nie powinien mieć wykształcenia ogólnego i kończyć studiów. Tymczasem zawodówki masowo likwidowano jako relikt PRL . Te, które pozostały, odstają od nowych czasów. Bo nie sposób zostać dobrym cukiernikiem bez dostępu do nowoczesnej kuchni. Ani mechanikiem bez warsztatu wyposażonego w najnowszy system diagnostyczny. Takie pracownie słono kosztują. Realia: absolwent technikum samochodowego nie tylko nie ma pojęcia o diagnostyce komputerowej, ale często kończy szkołę bez prawa jazdy. Bo nie ma kto zapłacić za egzamin. A kto zatrudni mechanika, który nie potrafi wjechać samochodem na podnośnik?

Poprzednia minister oświaty widziała problem. PO wpisała szkolnictwo zawodowe w nową perspektywę unijną. Za pieniądze z Brukseli zamierzano sfinansować tzw. kształcenie dualne, świetnie działające w Niemczech. Czytaj: co najmniej tak samo ważne jak wiedza teoretyczna są praktyki zawodowe. Pod koniec rządów PO na listę profesji nauczanych w zawodówkach wpisano techników lotniskowych służb operacyjnych, przetwórców ryb, techników przemysłu mody z kwalifikacjami: projektowanie i wytwarzanie wyrobów odzieżowych. To nie było widzimisię polityków. Wyszli naprzeciw naciskom rynku. Przepis umożliwiający kształcenie w tych branżach obowiązuje od września 2015 r. Trzeba pieniędzy, żeby ta edukacja miała ręce i nogi . Bo uczniowie znajdą się na pewno . Z sondażu „Rzeczpospolitej” wynika, że już teraz, choć szkolnictwo zawodowe kuleje , najlepiej radzą sobie w dorosłym życiu absolwenci tych właśnie szkół. Jedynie co piąty korzysta z pomocy rodziców.

Rewolucja

Związkowcy policzyli, że proponowana przez PiS reforma oznacza likwidację 100 tys. etatów. Nie wiadomo, ile będzie kosztować utworzenie nowej podstawy programowej i napisanie podręczników, ale na pewno dużo. Zatem Społeczne Towarzystwo Oświatowe zbiera podpisy pod petycją w obronie gimnazjów. Ponad 80 procent nauczycieli odpytanych przez ZNP nie chce zmiany. Ogólnopolskie Stowarzyszenie Kadry Kierowniczej Oświaty wysłało do MEN protest przeciwko likwidacji gimnazjów.

Wiadomo , jak ważną rzeczą jest edukacja. Ale PiS nie chce walczyć na wszystkich frontach. Ten na szczęście po cichutku odpuścił. Oficjalna wiadomość na dzisiaj: „W MEN nie toczą się żadne prace w sprawie gimnazjów”.

I nie ma co się obawiać, że którejś nocy urzędnicy zmienią zdanie. To nie jest temat tak prosty jak ulepszenie funkcjonowania Trybunału Konstytucyjnego. Minister Anna Zalewska wyjawiła, że partii już nie przeszkadzają gimnazja, ale fakt, że liceum nie jest 4-letnie. Bo 3 lata nauki to za mało , aby przygotować się do matury.

Wiele wskazuje na to, że z zapowiadanej przez PiS oświatowej rewolucji (zlikwidować obowiązek szkolny dla 6-latków, zlikwidować gimnazja, wydłużyć licea, zmienić program, wyrzucić testy, stworzyć Instytut Programów, Wychowania i Podręczników) zostanie spełniona jedynie pierwsza obietnica.

Tytuł artykułu zdaje się sugerować, że los gimnazjów jest przesądzony – ponadto, że przez autorkę jest wartościowany negatywnie. Tymczasem w tekście głównym nie znajdziemy ani takiej opinii, ani uzasadnienia dla niej. Komentarz na stronie nie głosi, że artykuł traktuje o „wygaszaniu” gimnazjów, o którym nie do końca wiadomo, czy będzie, czy nie. Istotnie, rozważania w artykule nie przesądzają tej kwestii, ponadto stanowią dosyć luźną zbitkę uwag koncentrujących się wokół rożnych tez.

Z jednej strony mamy argumentację przeciw zasadności wprowadzenia gimnazjów:

image1

Z drugiej zaś autorka omawia kilka powodów przemawiających przeciw słuszności likwidacji gimnazjów:

image2

Pojawia się wątek szkoły fińskiej – powiązany z poprzednimi w sposób raczej zagadkowy. Prawdopodobnie chodzi o to, by reformę szkolnictwa przeprowadzić innym zakresie niż tylko względem liczby lat czy nazewnictwa. Szkoła fińska służy tu jako pewien wzorzec.

image4

Poza tym mamy kilka pomniejszych argumentów, mianowicie: przytoczony argument, dlaczego zdaniem niektórych ocena z wychowania powinna być związana z oceną z religii (argument przytoczony przez autorkę, ale nie aprobatywnie).

image5

Pojawia się także argument polityków PiS dotyczący długości trwania edukacji licealnej:

image3

Oraz kwestie pomniejsze. Kilka cytatów ilustrujących zmianę podejścia PiS-u do sprawy gimnazjów oraz temat szkół zawodowych.

image6

Czy na podstawie tych informacji można zrekonstruować tezę, która obejmowałaby te wszystkie wątki? Być może uwzględniając linię pisma lub przekonania autorki z innych tekstów, dałoby się to zrobić, natomiast sam tekst nie narzuca ani nie dostarcza takiej tezy.

Polska wymiera – analiza

Adam Burakowski, Polaków coraz mniej, a politycy wciąż śpią, „Rzeczpospolita” [1]

Polska wymiera. Potwierdzają to statystyki . Już w tym roku [2013] więcej Polaków umrze, niż się urodzi – pisaliśmy o tym w „Rzeczpospolitej” wielokrotnie .

Polacy nie decydują się na dzieci, bo boją się kryzysu, brakuje im poczucia stabilizacji. Część samorządowców już się obudziła i wprowadza na swoim terenie tzw. Karty dużych rodzin. Zaangażował się też prezydent, który promuje Ogólnopolską Kartę Dużej Rodziny, która uprawniałaby wielodzietnych do ulg, np. w komunikacji.

Jednak jak zwykle w Polsce musi pojawić się jakieś „ale ”. Rzecznik praw obywatelskich uznaje bowiem , że część tych kart dyskryminuje biedniejsze rodziny z jednym dzieckiem, które muszą się zrzucać na zniżki dla bogatszych.

Gdzie problem? Otóż według RPO kryterium liczby dzieci jest uzasadnione tylko wówczas, gdy celem jest zwiększenie dzietności. Ale jeśli celem programu jest wspieranie rodzin w trudnej sytuacji majątkowej, w tym wielodzietnych, to przyznanie karty bogatej rodzinie z trójką dzieci i jednoczesne nieprzyznanie jej rodzinie biednej, ale z jednym dzieckiem – jest dyskryminujące .

O kryteriach przyznawania ulg dla dużych rodzin można i trzeba dyskutować. Ale argument o dyskryminacji wydaje się nietrafiony . Urzędnicy zapominają, że biedne rodziny z jednym dzieckiem często są już beneficjentami ośrodków pomocy społecznej. Na pomoc dla nich składają się także bogatsze rodziny wielodzietne. Podważanie zasadności gminnych programów przez RPO jest nie na miejscu . Od urzędników rzecznika powinniśmy raczej oczekiwać pomysłów na systemowe rozwiązania.

Sama Karta dużej rodziny kwestii demografii oczywiście nie załatwi. Niewielka zniżka na bilet do kina lub teatru do posiadania większej liczby dzieci raczej nie zachęci. A Polska potrzebuje spójnego, atrakcyjnego i dogłębnie przemyślanego programu promocji wielodzietności. Zmian w systemie podatkowym, mobilizacji, działań niestandardowych. Nie będzie ich bez przebudzenia się polityków, organizacji pozarządowych, a także rzecznika praw obywatelskich.

[1] http://www.rp.pl/artykul/9158,1057109-Polakow-coraz-mniej–a-politycy-wciaz-spia.html

Tekst zawiera argument autora oraz polemikę z przedstawioną argumentacją RPO:

488e3y

e4r9e8

Miłość to błąd w rozumowaniu

Max Shulman, Love is a Fallacy

tłum. Magdalena Dreinert, rys. Zuzanna Wicha

 

 

Byłem osobą chłodną i logiczną. Bystry, kalkulujący, trzeźwo myślący, wnikliwy, przebiegły – oto cały ja. Mój mózg stanowił doskonale skalibrowaną maszynę o mocy prądnicy, precyzyjną jak aparatura chemika, ostrą i penetrującą niczym skalpel chirurga. Pomyśleć, że był to mózg osiemnastolatka!

Nieczęsto zdarza się, by ktoś tak młody posiadał tak znaczny i wyrafinowany intelekt. Weźmy takiego Peteya Bellowsa, mojego współlokatora w akademiku. Ten sam wiek i pochodzenie, a jednak ciemny jak tabaka w rogu. Całkiem sympatyczny gość, nie przeczę, ale nic specjalnego. Emocjonalny typ. Niestabilny psychicznie. Podatny na wpływy. Jakby tego było mało, skończony nowinkarz. Dziecię przelotnych trendów. Tacy jak on, powiedzmy sobie szczerze, stanowią całkowite zaprzeczenie zdrowego rozsądku. Dawać się porwać każdego nowemu szaleństwu, jakie się napatoczy, oddawać się kolejnym idiotyzmom tylko dlatego, że Wszyscy Inni To Robią – dla mnie to szczyt bezmyślności, najczystszy destylat głupoty. Niestety, nie według Peteya.

Pewnego popołudnia znalazłem go rozciągniętego na łóżku z wyrazem takiego cierpienia, że natychmiast zdiagnozowałem silny przypadek zapalenia wyrostka robaczkowego. – Nie ruszaj się – powiedziałem. – Nie bierz środków na przeczyszczenie. Zaraz wezwę lekarza.

Szopy pracze – wyrzęził z widocznym trudem.

– „Szopy pracze”? – spytałem, zamierając w pół kroku.

– Chcę płaszcz z szopów praczy – zaszlochał.

Dotarło do mnie, że jego problem był nie tyle natury fizycznej, ile psychiczno-umysłowej. – Dlaczego chcesz płaszcz z szopów?

– Powinienem był wiedzieć! – zawył, bijąc się po skroniach. – Powinienem był wiedzieć, że wrócą, kiedy powrócił charleston. Jak ostatni kretyn wydałem wszystko na podręczniki, a teraz nie mogę sprawić sobie płaszcza z szopów!

– Naprawdę chcesz mi powiedzieć – zacząłem z niedowierzaniem – że ludzie znów zaczęli nosić futra z szopów?

– Wszystkie Szychy Kampusu je noszą. Gdzieś ty był?

– W bibliotece – odparłem, przywołując miejsce, którego Szychy Kampusu nie zaszczycały swą obecnością.

Wyskoczył z łóżka i zaczął gniewnie przemierzać pokój. – Muszę mieć płaszcz z szopów – oznajmił z pasją. – Muszę!

– Petey, po co? Spójrz na to rozsądnie. Płaszcze z szopów są niehigieniczne. Sypią się. Śmierdzą. Za dużo ważą. Są nieestetyczne. Są…

– Nic nie rozumiesz! – przerwał mi z niecierpliwością. – To rzecz, którą po prostu się robi. Nie chcesz być w głównym nurcie?

– Nie – odparłem z rozbrajającą szczerością.

– Cóż, ja chcę – oznajmił. – Oddałbym wszystko za płaszcz z szopów. Wszystko!

Mój umysł, ten instrument precyzji, wszedł na najwyższe obroty. – Wszystko? – spytałem, spoglądając nań badawczo.

Wszystko – potwierdził tonem pozbawionym wszelkiej wątpliwości.

Z uwagą muskałem podbródek. Tak się składało, że wiedziałem, gdzie dostać płaszcz z szopów. Mój ojciec posiadał takie wątpliwe cudo, jeszcze z czasów studenckich; obecnie spoczywało w kufrze na poddaszu naszego domu. Równocześnie szczęśliwe zrządzenie losu sprawiło, że Petey miał coś, czego pragnąłem ja. Cóż, może nie tyle posiadał to coś, ile raczej miał do niego prawo pierwszeństwa. Mam na myśli jego dziewczynę, Polly Espy.

Od dawna pożądałem Polly Espy. Pozwolę sobie podkreślić, że moje pragnienie względem tej młodej damy nie było natury emocjonalnej. Rzecz jasna, była dziewczyną zdecydowanie zdolną wzbudzać emocje, lecz ja nie byłem osobą pozwalającą uczuciom na przejmowanie kontroli nad umysłem. Pożądałem Polly z prostej, lodowato wykalkulowanej przyczyny o zupełnie intelektualnym podłożu.

Byłem na pierwszym roku prawa. Za parę lat miałem rozpocząć praktykę. Doskonale zdawałem sobie sprawę z faktu, jak ważny element w karierze prawnika stanowi odpowiedniego rodzaju żona. Każdy, kto coś osiągnął, niemal bez wyjątku był żonaty z piękną, pełną wdzięku, inteligentną kobietą. Z jednym istotnym wyjątkiem, Polly spełniała wszystkie warunki.

Piękna była. Choć jak na razie nie miała ciała drugiej Monroe, miałem poczucie, że czas uzupełni braki. Już teraz widać było odpowiednie zawiązki.

Pełna wdzięku, a jakże. Mówiąc „pełna wdzięku”, mam na myśli wszelkie możliwe łaski, jakimi natura może obdarzyć kobietę. Nosiła się wspaniale, posiadała łatwość bycia i postawę stanowiącą bezsprzeczny dowód najlepszego rodowodu. Jej maniery przy stole były spektaklem wyrafinowania. Widziałem ją na stołówce jedzącą specjalność szefa kuchni – kanapkę z pieczenią, sosem, siekanymi orzechami i kiszoną kapustą – bez najmniejszej plamy na paluszkach.

Inteligentna – zdecydowanie nie. W istocie na osi bystrości zwracała się w stronę przeciwną. Uważałem jednak, że pod moją pieczą była w stanie zmądrzeć; w każdym razie warto było spróbować. W końcu łatwiej ucywilizować głupią ślicznotkę niż upiększyć mądrą brzydulę.

Rysunek 1

– Petey… – zacząłem – …kochasz Polly Espy?

– Uważam, że to fajna laska – odpowiedział – ale nie wiem, czy nazwałbyś to miłością. A co?

– A jesteś z nią – badałem dalej – w stałym związku? Rozumiesz, jesteś z nią po słowie czy coś w tym stylu?

– Nie. Trochę ze sobą chodzimy, ale oboje mamy też inne randki. A co?

– A jest – pytałem – jakiś inny osobnik, do którego żywi jakąś szczególną słabość?

– Nic o tym nie wiem. A co?

Z satysfakcją kiwnąłem głową. – Innymi słowy, gdyby nie ty, droga byłaby wolna. Mam rację?

– Chyba tak. O co ci chodzi?

– O nic, zupełnie o nic – odparłem niewinnie i wyjąłem walizkę z szafy.

Petey zapytał: – Dokąd się wybierasz?

– Do domu na weekend – wrzuciłem kilka rzeczy do torby.

– Słuchaj – powiedział, z nadzieją chwyciwszy mnie za ramię – jak będziesz w domu, mógłbyś wyciągnąć trochę kasy od swojego starego i pożyczyć mi, żebym mógł kupić sobie płaszcz z szopów?

– Może nawet wykombinuję coś lepszego – rzuciłem z tajemniczym mrugnięciem, zatrzasnąłem walizkę i wyszedłem.

Rysunek 2

* * *

– Popatrz – powiedziałem do Peteya, wróciwszy w poniedziałek rano. Otworzyłem walizkę i pokazałem mu to wielkie, kudłate, śmierdzące jak mocno zepsute truchło coś, które mój szanowny rodziciel miał na sobie w 1925, gdy rozbijał się swoim stutz bearcatem.

– Ja cię kręcę… – w głosie Peteya pobrzmiewał nabożny szacunek. Obiema rękami wczepił się w płaszcz, po czym wtulił weń całą twarz. – Ja cię kręcę! – powtórzył jakieś piętnaście, dwadzieścia razy.

– Chcesz go? – spytałem krótko.

– O, tak!!! – zawył z zachwytem, przyciskając do siebie tłuste futro. Zaraz potem w jego oczach zabłysło coś na kształt podejrzenia. – Co za to chcesz?

– Twoją dziewczynę – wypaliłem bez ogródek.

– Polly? – wyszeptał ze zgrozą. – Chcesz Polly?

– Dokładnie.

Odrzucił płaszcz daleko od siebie. – Nigdy – oznajmił twardo.

Wzruszyłem ramionami. – W porządku. Nie chcesz być w głównym nurcie? Twoja sprawa.

Usiadłem na krześle, udając, że czytam książkę, w istocie jednak kątem oka bacznie obserwowałem Peteya. Był człowiekiem rozdartym na dwoje. Najpierw spojrzał na płaszcz okiem głodującego przed witryną piekarni. Za chwilę odwrócił wzrok i zacisnął zęby. Potem znów popatrzył na futro, tym razem z jeszcze większą tęsknotą wypisaną na twarzy wielkim zgłoskami. Ponownie się odwrócił, teraz ze znacznie mniejszą determinacją. Jego głowa obracała się tam i z powrotem, pragnienie wzrastało, wola słabła. W końcu przestał się wiercić; stał w bezruchu, bezgłośnie pożerając wzrokiem płaszcz płonącymi z pożądania oczami.

– W sumie… To nie tak, że kocham Polly czy coś – wydukał bełkotliwie. – Że jesteśmy po słowie. Czy coś.

– Słusznie – zamruczałem z aprobatą.

– Kim jest dla mnie Polly albo ja dla Polly?

– Nikim – podpowiedziałem.

– To była zwyczajna sprawa – parę śmichów-chichów i tyle.

– Przymierz ten płaszcz – rozkazałem.

Posłuchał. Futro sterczało wysoko ponad jego uszami i spływało aż na czubki palców u stóp. Przypominał stos pogrzebowy pełen zdechłych szopów.

– Pasuje jak ulał – ucieszył się.

Podniosłem się z krzesła. – I co, umowa stoi? – spytałem, wyciągając doń rękę.

Przełknął ślinę. – Stoi – oświadczył i uścisnął mi dłoń.

Rysunek 3

* * *

Pierwszą randkę z Polly odbyłem tego samego wieczoru. Spotkanie miało charakter rozpoznawczy: musiałem określić, jak dużo pracy będę musiał włożyć w rozwinięcie jej mózgu do akceptowalnego przeze mnie poziomu. Najpierw poszliśmy na kolację. – Matko, ale pyszniasta wyżerka – powiedziała do mnie, gdy wychodziliśmy z restauracji. Następnie zabrałem ją na film. – Matko, to był superaśny film – oświadczyła, gdy opuszczaliśmy kino. Potem odprowadziłem ją do domu. – Matko, odlotowo było – podsumowała, gdy życzyłem jej dobrej nocy.

Do mojego pokoju wróciłem z ciężkim sercem. Straszliwie zaniżyłem rozmiary zadania, którego zamierzałem się podjąć. Ignorancja tej dziewczyny była przerażająca. Wtłoczenie jej do głowy odpowiedniej wiedzy byłoby stanowczo niewystarczające. Na dobry początek trzeba było nauczyć ją myśleć. Wielce ambitny projekt – tak ambitny, że początkowo kusiło mnie, by oddać ją Peteyowi. Potem jednak pomyślałem o jej licznych wdziękach natury anatomicznej, o sposobie, w jaki weszła do pokoju, oraz jak zgrabnie posługiwała się nożem i widelcem. Zdecydowałem się podjąć wyzwanie.

Postanowiłem podejść to tego systematycznie. Zamierzałem udzielić jej kursu z logiki. Tak się szczęśliwie składało, że jako student prawa, sam brałem udział w takich zajęciach i miałem dostęp do całej teorii. – Poll – zacząłem w drodze na naszą kolejną randkę – dzisiaj wieczorem wybierzemy się na Knoll i porozmawiamy.

– Ooo, superaśnie – odpowiedziała. Jedna rzecz na obronę dzierlatki: ze świecą szukać podobnie zgodnej i ochoczej.

Poszliśmy na Knoll, ulubione miejsce schadzek na kampusie, i usiedliśmy pod starym dębem. Spojrzała na mnie oczekująco. – O czym będziemy… rozmawiać? – spytała.

– O logice.

Przetrawiwszy informację, po jakieś minucie zdecydowała, że pomysł się jej podoba. – Bombastycznie – oświadczyła.

– Logika – rozpocząłem, odkrztuszając z pewnym zażenowaniem – to nauka myślenia. Zanim będziemy myśleć poprawnie, musimy nauczyć się rozpoznawać najczęstsze fallacje – błędy rozumowania. Tym zajmiemy się dzisiejszego wieczoru.

– Ju-huu! – krzyknęła radośnie, z ekscytacją klaszcząc w irytująco uroczy sposób.

Skrzywiłem się, lecz dzielnie parłem naprzód. – Zacznijmy od przyjrzenia się fallacji dicto simpliciter.

– Jasne, dajesz – zachęciła, entuzjastycznie trzepocząc rzęsami.

Dicto simpliciter oznacza argument oparty na nadmiernym uogólnieniu. Przykładowo: sport jest dobry. A zatem wszyscy powinni uprawiać sport.

– Jasne, że się zgadzam – oznajmiła Polly z rozbrajającą szczerością. – No wiesz, sport jest super. Kumasz, rozwija ciało i w ogóle.

– Polly… – zacząłem łagodnie – ten argument zawiera błąd. „Sport jest dobry” to uogólnienie pozbawione podstaw merytorycznych. Na przykład: jeśli masz chore serce, sport nie jest dobry. Jest szkodliwy. Wielu ludziom lekarze zabraniają ćwiczyć. Musisz powiedzieć, że sport zazwyczaj jest dobry. Albo że służy większości ludzi. Inaczej popełniasz dicto simpliciter. Rozumiesz?

– Nie – przyznała. – Ale to bombastyczne. Zrób tak jeszcze raz! Jedziesz!

– Będzie lepiej, jeżeli przestaniesz zwieszać mi się z rękawa – powiedziałem, a gdy przestała, mówiłem dalej: – Następnie mamy tak zwane pochopne uogólnienie. Słuchaj uważnie: nie znasz francuskiego. Petey Bellows nie zna francuskiego. A zatem muszę przyznać, że nikt na Uniwersytecie Minnesoty nie zna francuskiego.

– Naprawdę?! – Polly była w szoku. – Nikt?!

Z trudem ukryłem moje rozdrażnienie. – Polly, to fallacja: błąd rozumowania. Zbyt szybko dokonaliśmy znacznego uogólnienia. Mamy zbyt mało przesłanek, by uzasadnić taką tezę.

– Znasz więcej tych, no, fallacji? – spytała na wydechu. – To fajniejsze niż taniec!

Walczyłem z falą rozpaczy. Z tą dziewczyną nie posuwałem się ani odrobinę naprzód. Nic a nic. Cóż, wytrwałość to moje drugie imię. Parłem naprzód. – Następnie mamy post hoc, ergo propter hoc. Posłuchaj tego: nie bierzmy Billa na piknik. Za każdym razem, kiedy z nami jedzie, pada.

– Znam kogoś takiego – oznajmiła. – Dziewczyna z sąsiedztwa – Eula Becker, tak się nazywa. Zawsze działa. Za każdym razem, kiedy bierzemy ją na piknik, to…

– Polly – przerwałem jej ostro – to błąd rozumowania. Eula Becker nie wywołuje deszczu. Nie ma z nim żadnego związku. Popełniasz post hoc, ergo propter hoc, oskarżając o to Eulę Becker.

– To już tak nie zrobię, serio – obiecała solennie. – Jesteś na mnie wkurzony?

Westchnąłem. – Nie, Polly.

– Supcio, to pokaż mi jeszcze jakieś inne fallacje.

– W porządku. Spróbujmy sprzecznych przesłanek.

– Jasne, bomba – zaćwierkała, radośnie mrugając oczami.

Zmarszczyłem brew, ale heroicznie parłem naprzód. – Oto przykład sprzecznych przesłanek: jeśli Bóg jest wszechmogący, czy jest w stanie stworzyć kamień tak ciężki, że nawet On nie zdoła go unieść?

– No jasne – oświadczyła pewnie.

– Przecież jeśli może wszystko, to umie też podnieść kamień – zauważyłem.

– Ano, fakt – powiedziała w zadumie. – W takim razie chyba nie może stworzyć czegoś takiego.

– Ale On jest wszechmogący – przypomniałem. – Może wszystko.

Z uwagą drapała swoją śliczną, pustą główkę. – Kurczę, nic już nie rozumiem – przyznała.

– Oczywiście, że nie rozumiesz. Przesłanki tworzące wniosek są wzajemnie sprzeczne. Taki wniosek nie ma prawa bytu. Jeśli istnieje wszechpotężna siła, nie może istnieć obiekt, którego siła ta nie byłaby w stanie poruszyć. Jeśli istnieje taki obiekt, nie może istnieć siła. Rozumiesz już?

– Opowiedz mi jeszcze, to takie fajowe – poprosiła entuzjastycznie.

Spojrzałem na zegarek. – Sądzę, że na dzisiaj skończyliśmy. Teraz odprowadzę cię do domu, uporządkujesz sobie zdobytą wiedzę. Następna runda jutro wieczorem.

Odstawiłem ją do żeńskiego akademika, gdzie nie omieszkała poinformować mnie, że miała „superaśny” wieczór, i z ciężkim sercem powlokłem się do swojego pokoju. Petey leżał rozwalony na swoim łóżku, chrapiąc, płaszcz z szopów zwinięty w jego nogach niczym wielka, kudłata bestia. Przez chwilę zastanawiałem się, czy go nie zbudzić i nie oświadczyć, że może wziąć sobie swoją dziewczynę z powrotem, droga wolna. Wydawało się jasne, że mój plan był skazany na niepowodzenie. Dziecina była po prostu całkowicie odporna na logikę.

Zaraz potem jednak spojrzałem na sprawę ponownie. Zmarnowałem już jedno popołudnie; drugie nie zrobi różnicy. Kto wie? Być może gdzieś głęboko w wygasłych czeluściach wulkanu jej umysłu tliły się jeszcze jakieś wątłe iskierki świadomości. Może byłbym w stanie rozdmuchać je w prawdziwy płomień. Przyznaję, szanse powodzenia były znikome, jednak zdecydowałem się dać jej jeszcze jedną szansę.

* * *

Usadowiwszy się pod dębem następnego wieczoru, ogłosiłem: – Naszym pierwszym błędem rozumowania na dziś jest fallacja zwana ad misericordiam.

Polly zadrżała z rozkoszą.

Rysunek 4

– Słuchaj uważnie – powiedziałem. – Pewien człowiek ubiega się o pracę. Kiedy szef pyta go o kwalifikacje, odpowiada, że ma żonę i szóstkę dzieci, ona jest bezbronną kaleką, dzieciaki nie mają co na siebie włożyć, są głodne, bose i obdarte, w domu nie ma łóżek, w piwnicy brak węgla, a zbliża się zima.

Po obu zaróżowionych policzkach Polly spłynęła łza. – Och, to okropne, okropne – załkała.

– Tak, to okropne – zgodziłem się – jednak to żaden argument. Ten człowiek nie odpowiedział na pytanie pracodawcy o kwalifikacje. Zamiast tego odwołał się do jego współczucia. Tym samym popełnił ad misericordiam. Rozumiesz?

– Masz chusteczkę? – pociągnęła nosem.

Bez słowa podałem jej chustkę i starałem się zdusić w sobie chęć krzyku, podczas gdy ona wycierała swoje urocze ślepka. – Następnie – podjąłem starannie kontrolowanym tonem – omówimy fałszywą analogię. Oto nasz przykład: studenci podczas egzaminów powinni mieć dostęp do podręczników. W końcu chirurdzy przy operacjach korzystają ze zdjęć rentgenowskich, prawnicy w trakcie procesu mają notatki, a cieśle – plany wznoszonych budynków. A zatem dlaczego nie pozwolić studentom zaglądać do książek podczas testów?

– Kurczę – oznajmiła entuzjastycznie – to najekstraśniejszy pomysł, jaki słyszałam!

– Polly… – odezwałem się cierpko – ten argument jest całkowicie pozbawiony sensu. Lekarze, prawnicy i cieśle nie podchodzą do egzaminów, by sprawdzić, ile się nauczyli. Studenci owszem. Sytuacje są zupełnie inne, nie możesz na ich podstawie tworzyć analogii.

– A ja nadal uważam, że to dobry pomysł – oświadczyła Polly.

– Świruska – wymamrotałem pod nosem. Uparcie parłem jednak naprzód. – Spróbujmy może z hipotezą sprzeczną z faktami, potocznie nazywanym gdybaniem.

Reakcja Polly: – Brzmi pysznie, dajesz.

– Posłuchaj tego: gdyby Maria Skłodowska-Curie nie zostawiła płyty fotograficznej w szufladzie z kawałkiem uraninitu, dzisiejszy świat nie znałby radu.

– Fakt, fakt – Polly pokiwała głową. – Widziałeś film? Och, po prostu mnie rozwalił. Ten Walter Pidgeon jest zabójczy. Po prostu mnie rozkłada.

– Jeżeli potrafisz przez moment zapomnieć o panu Pidgeonie – wycedziłem chłodno – chciałbym zauważyć, że ta wypowiedź zawiera błąd w rozumowaniu. Może Skłodowska-Curie odkryłaby rad trochę później. Może zrobiłby to ktoś inny. Mogło wydarzyć się mnóstwo rzeczy. Nie możesz rozpocząć rozumowania od nieprawdziwej hipotezy i na jej podstawie wyciągać wspierających wniosków.

– Walter Pidgeon powinien częściej grać w filmach – zauważyła Polly. – Prawie już się go nie widuje.

Podjąłem decyzję: jedna ostatnia próba. Tylko jedna. Jest granica, której śmiertelnik przekroczyć nie może. – Następna fallacja to tak zwane zatrucie studni.

– Ale słodkie! – zagulgotała radośnie.

– Dwóch mężczyzn bierze udział w debacie. Pierwszy z nich wstaje i mówi: „Mój przeciwnik to bezczelny kłamca, nie można wierzyć w ani jedno jego słowo”… Teraz, Polly, pomyśl uważnie. Zastanów się głęboko. Co jest nie tak?

Obserwowałem z uwagą, jak w skupieniu marszczyła swoją kremową brew. Nagle, przebłysk inteligencji – pierwszy, który dane mi było u niej zobaczyć – błysnął w jej oczach.

– To nie w porządku – oznajmiła z oburzeniem. – Zupełnie nie w porządku. Jaką szansę ma ten drugi facet, skoro ten pierwszy wyzywa go od kłamców, zanim jeszcze w ogóle zdążył się odezwać?

– Racja! – zawyłem w radosnym uniesieniu. – Stuprocentowa racja! To nieuczciwe. Ten pierwszy zatruł studnię, nim ktokolwiek zdołał się z niej napić. Sparaliżował przeciwnika, zanim ten zaczął… Polly, jestem z ciebie dumny.

– Fiu, fiu – zamruczała, płoniąc się z zadowolenia.

– Widzisz, moja droga? To wcale nie są trudne rzeczy. Musisz się tylko skoncentrować. Myśl – badaj – oceniaj. Chodź, powtórzmy to, czego się nauczyliśmy.

– Dajesz – powiedziała, podkreślając wypowiedź wdzięcznym ruchem dłoni.

* * *

Uskrzydlony wiedzą, że Polly nie była zupełną kretynką, rozpocząłem długie, cierpliwe podsumowanie wszystkiego, co jej przekazałem. Raz po raz przytaczałem przykłady, wyjaśniałem błędy, kułem żelazo bez chwili oddechu. Przypominało to kopanie tunelu. Początkowo wszystko to było katorgą, potem i mrokiem. Nie miałem bladego pojęcia, kiedy ujrzę światło – czy to kiedykolwiek nastąpi – lecz nie poddawałem się. Tłukłem, szarpałem się, drapałem – aż wreszcie me wysiłki zostały wynagrodzone. Wychwyciłem słaby promyk światła, a potem promyk ów już tylko rósł, aż nareszcie w tunel wlało się słońce i nastała jasność.

Zajęło mi to pięć wycieńczających wieczorów, ale było warto. Uczyniłem z Polly logika; nauczyłem ją myśleć. Moja praca została ukończona. Wreszcie była mnie godna. Polly Espy – idealna żona dla idealnego mnie, odpowiednia gospodyni moich licznych rezydencji, przykładna matka mych pełnych ogłady dzieci.

Nie można uznać, że nie było we mnie krzty miłości dla tej dziewczyny. Wręcz przeciwnie: tak jak Pigmalion kochał stworzony przez siebie żywy ideał kobiety, takież uczucie żywiłem do mojego tworu. Postanowiłem zaznajomić ją ze stanem mego serca na najbliższym spotkaniu. Nadszedł czas, by nasza znajomość z akademickiej przerodziła się w tę o podłożu romantycznym.

– Polly – odezwałem się uroczyście, gdy znów usiedliśmy pod naszym dębem – dzisiejszego wieczoru nie będziemy zajmować się błędami rozumowania.

– Ojej – powiedziała z rozczarowaniem.

– Moja droga – podjąłem, obdarzając ją uśmiechem – spędziliśmy razem pięć wieczorów. Doskonale się dogadujemy. Jasnym jest, jak dobrze do siebie pasujemy.

– Pochopne uogólnienie – oświadczyła błyskotliwie.

– Przepraszam bardzo?

– Pochopne uogólnienie – powtórzyła. – Jak możesz stwierdzić, że jesteśmy dla siebie stworzeni, na podstawie marnych pięciu randek?

Zaśmiałem się z rozbawieniem. Drogie dziecię solidnie odrobiło swoją lekcję. – Moja droga – odezwałem się, wyrozumiale poklepując wierzch jej dłoni – pięć randek to dość. Przecież nie musisz zjeść całego tortu, by wiedzieć, że ci smakuje.

– Fałszywa analogia – odparła natychmiast. – Nie jestem tortem, tylko dziewczyną.

Rysunek 5

Zachichotałem z mniejszym rozbawieniem. Drogie dziecię odrobiło swoją lekcję zbyt dobrze. Postanowiłem zmienić taktykę. Prosta, mocna, bezpośrednia deklaracja miłości musiała być najlepszym wyjściem. Na moment zamilkłem, a mój wspaniale rozwinięty mózg poszukiwał najwłaściwszych słów. Następnie rozpocząłem: – Polly, kocham cię. Jesteś dla mnie całym światem, księżycem, gwiazdami i każdą z konstelacji w przestrzeni kosmicznej. Proszę, kochanie, zostańmy oficjalnie parą: jeśli odmówisz, życie straci sens. Będę marnieć w oczach. Przestanę przyjmować posiłki. Będę przemierzać tę niegościnną ziemię, pustooki, wyprany z wszelkich ciepłych emocji wrak człowieka.

– Ad misericordiam – stwierdziła pewnie Polly.

Zgrzytnąłem zębami. Żaden ze mnie Pigmalion: byłem doktorem Frankensteinem, moje monstrum zaś, używając kolokwialnego określenia, trzymało mnie za mordę. Rozpaczliwie walczyłem z zalewającą mnie falą paniki: musiałem za wszelką cenę zachować zimną krew.

– No dobrze, Polly – powiedziałem, zmuszając się do uśmiechu – z całą pewnością opanowałaś fallacje.

– A żebyś wiedział – zgodziła się z entuzjastycznym kiwnięciem głową.

– A kto cię ich nauczył, Polly?

– Ty.

– To prawda. A zatem masz u mnie pewien dług, czyż nie, moja droga? Gdyby nie ja, nigdy nie poznałabyś błędów rozumowania.

– Hipoteza sprzeczna z faktami – zripostowała natychmiast.

Z wysiłkiem otarłem kroplę potu z czoła. – Polly – wychrypiałem – nie możesz brać tych wszystkich rzeczy tak dosłownie. Chcę powiedzieć, że to wiedza książkowa. Wiesz, że to, czego uczą nas w szkole, nijak się ma do prawdziwego życia.

– Dicto simpliciter – oznajmiła, przekornie grożąc mi palcem.

To przelało czarę goryczy. Zerwałem się na równe nogi, rycząc niczym raniony bawół. – Będziesz ze mną chodzić na serio czy nie?!

– Nie – odparła spokojnie.

– Dlaczego nie?! – zażądałem odpowiedzi.

– Bo tego popołudnia obiecałam Peteyowi Bellowsowi, że oficjalnie będziemy parą.

Cofnąłem się, chwilowo sparaliżowany ogromem zdrady i towarzyszącej jej niesławie mej skromnej osoby. Po tym, jak obiecał, jak zawarł umowę, po tym, jak uścisnął mi dłoń! – Drań! – zawyłem, kopiąc wielkie bryły trawnika. – Nie możesz z nim chodzić, Polly. To kłamczuch! Oszust! Drań!!!

– Zatrucie studni – odparła Polly – i przestań wrzeszczeć. Uważam, że wrzeszczenie też powinno być uznane za fallację.

Z wielkim wysiłkiem mojej żelaznej woli, zmusiłem się do zmiany tonu. – Dobrze – powiedziałem. – Jesteś już logikiem. Spójrzmy na to logicznie. Jak możesz przedkładać Peteya Bellowsa nade mnie? Popatrz na mnie: błyskotliwy student, wybitny intelektualista, człowiek o wspaniałej przyszłości. Teraz spójrz na Peteya: nieszkodliwy idiota, niestabilny psychicznie nerwus, gość, który nigdy nie wie, z czego będzie żył następnego dnia. Potrafisz podać mi choć jeden logiczny powód, dla którego powinnaś zacząć oficjalnie chodzić z Peteyem Bellowsem?

– Jasne – oświadczyła Polly. – Ma płaszcz z szopów.

Rysunek 6

 

Na co komu logika? – analiza

Marcin Tkaczyk, Na co komu logika? (Źródło: http://www.kul.pl/na-co-komu-logika-marcina-tkaczyka-w-probnym-egzaminie-maturalnym-z-jezyka-polskiego-2015,art_57663.html)

Każdy nauczyciel logiki bywa od czasu do czasu pytany o cel i sens uczenia się jego dyscypliny. Tadeusz Kotarbiński, wybitny polski uczony, zwykł był w takich sytuacjach mawiać : „pytanie »na co komu logika?« powinno być rozpatrywane jako część szerszego problemu: »na co człowiekowi rozum?«”. Kto nie widzi potrzeby uczenia się logiki, ten nie do końca zdaje sobie sprawę z tego, do czego służy rozum. Każdy zaś, kto wie, do czego rozum służy, ma świadomość i tego , jak potrzebne jest wykształcenie jego naturalnej zdolności do jasnego myślenia, ścisłego wypowiadania się i poprawnego uzasadniania głoszonych tez.

Są tacy , którzy głoszą, że logika jest zbyt trudna , by zwykły śmiertelnik mógł wykształcić się w niej na jakimkolwiek rozsądnym poziomie. To, oczywiście , jest głupstwo . Skoro bowiem w cyrku słoń może opanować sztukę tańca, to należący do uniwersytetu reprezentant gatunku homo sapiens jest w stanie wyszkolić się w używaniu jednej matematycznej funkcji – interpretacji .

Można jednak spotkać ludzi, którzy wątpią w związek umiejętności logicznego myślenia ze studiowaniem teoretycznej logiki. Ludzie ci, czasem nawet naukowo utytułowani, przypisują sobie samym praktyczne umiejętności logiczne, przyznając się zarazem do tego, że logiki nigdy nie zdołali się nauczyć. Mylą się . Wierzą oni naiwnie we własne zdolności do jasnego myślenia, precyzyjnego wypowiadania się i poprawnego uzasadniania, ponieważ nie są w stanie dostrzec logicznych błędów, które notorycznie popełniają. Skoro nie widzą własnych błędów logicznych, nie cierpią z ich powodu i upewniają samych siebie, że nie potrzebują kształcić się w logice. W ten sposób wpadają w zaklęty krąg nielogiczności . Gdyby zechcieli nauczyć się logiki, z przerażeniem odnosiliby się do nonsensów, które wcześniej wydawały się im całkiem rozsądne , a nawet głębokie . Albowiem , jak napisał Jan Łukasiewicz , wielki logik, kto wykształcił się w logice matematycznej, temu jakby łuski spadają z oczu, widzi on błędy tam, gdzie inni ich nie dostrzegają, i dostrzega nonsensy tam, gdzie wielu widzi jakąś tajemniczą głębię . Rzeczywiście , wyjąwszy zawodowych logików, studiujemy logikę nie po to, by coś – w domyśle: coś praktycznego – z nią zrobić. Raczej studiujemy logikę po to, by ona coś zrobiła z nami, w szczególności z naszym myśleniem.

W pocie czoła wdrażając się w podstawowe rachunki logiczne, dzień po dniu, w rezultacie wielkiego wysiłku, przeżywszy liczne niebezpieczne przygody matematyczne i filozoficzne, wchodzimy w posiadanie skarbu kultury logicznej . Myśl człowieka logicznie wykształconego rożni się bowiem od naturalnej zdolności do logicznego myślenia mniej więcej tak, jak mistrzowski skok narciarski wykształconego sportowca rożni się od naturalnej zdolności do podskakiwania przy grze w klasy.

Diagram argumentacji:

image

Komentarz do diagramu

Diagram przedstawia strukturę uzasadnienia wniosku, którym zdaje się twierdzenie „Powinniśmy uczyć się logiki” (nie jest ono wyrażone wprost, ale na pewno jest implikowane przez podjęte rozważania). Autor rozważa trzy argumenty przeciw tej tezie: 1. Niektórzy wątpią w sens uczenia się logiki. 2. Logika jest uważana za zbyt trudną, by móc jej nauczyć na rozsądnym poziomie. 3. Można mieć umiejętności logicznego myślenia bez przejścia kursu logiki formalnej. Ponadto oferuje jeden argument za tezą: Uczenie się logiki jest potrzebne do rozwinięcia naturalnej – dosyć ułomnej – zdolności człowieka do używania rozumu, tj. do jasnego myślenia, poprawnego rozumowania i ścisłego wypowiadania się. Za tym zaś przekonaniem przemawia argument z analogii o mniej więcej następującej wymowie: wykształcony logicznie umysł dokonuje mistrzowskich (i abstrakcyjnych) operacji, gdy niewykształcony nie jest świadomy swoich błędów i operuje na niskim poziomie sprawności (i abstrakcji).

Diagram przedstawia także przemilczane informacje, które zostały zrekonstruowane podczas rysowania diagramu.

Interesująca jest argumentacja mająca na zbicie oponentów tezy:

1. Opinia Kotarbińskiego, na której zasadza się dosyć ofensywa argumentacja mająca na celu onieśmielenie tych, którzy byliby skłonni wątpić w wartość uczenia się logiki.

2. Argument z analogii: skoro słoń może nauczyć się tańca, to student może opanować posługiwanie się funkcją interpretacji. Argument z analogii wymaga rozważenia, na ile istotne jest podobieństwo między porównywanymi członami. Jeśli uświadomimy sobie, jak wygląda „tańczący” słoń, to argument ten może wzbudzić tym większe wątpliwości co do wartości i użyteczności uczenia się logiki. Tym bardziej, że tresowanie słoni może być traktowane jako wątpliwe moralnie.

Autor odwołuje się do pojęcia funkcji interpretacji, która może być niezrozumiałe (tym bardziej, że używa się także innej terminologii, np. funkcji wartościowania), samo odwołanie zaś może wydawać się niepotrzebnym epatowaniem terminologią i zwyczajnie zniechęcać. Wątpliwości może budzić fakt, czy opanowanie funkcji interpretacji oznacza rozsądny poziom wykształcenia logicznego.

3. Związek logiki formalnej z umiejętnością logicznego myślenia bywa podawany w wątpliwość, także przez autorytety z zakresu logiki formalnej. Prof. Marek Tokarz uważa, że „ludzie myślą rozsądnie i dobrze rozumieją to, co się do nich mówi, nie dzięki temu, że nauczyli się logiki, lecz WBREW temu, że jej ich uczono” (M. Tokarz, O zdrowy rozsądek w logice, „Studia Semiotyczne” 1994, nr 19, s. 71). Czyli można wątpić w ten związek, nie będąc nieświadomym błędów, które się popełnia, a będąc wykształconym logicznie.

Powyżej wskazałem kilka newralgicznych punktów argumentacji Prof. Marcina Tkaczyka (są to nie tylko moje zastrzeżenia, lecz także uwagi uczniów i studentów, z którymi analizowaliśmy ów tekst), aczkolwiek chciałbym podkreślić, że podzielam jego tezę (choć nie akceptuję całości uzasadnienia) i akceptuję argumentację odwołującą się do wartości uczenia logiki ze względu na rozwinięcie naturalnej skłonności człowieka do posługiwania się rozumem.

 

12 gniewnych ludzi (3)

Warto być może zwrócić uwagę na jeszcze jedną sprawę poruszoną w wypowiedzi Ósemki. Stwierdza on mianowicie, że w trakcie procesu przesłuchano tylko dwóch świadków, w tym zaledwie jednego świadka naocznego (kobietę z naprzeciwka). Zgodnie ze starą zasadą sądowniczą: „jeden świadek to żaden świadek”, więc powoływanie się ławników na fakt, że ktoś widział zabójstwo wydaje się dosyć kruche jako argument. Znajduje to także odzwierciedlenie w wymianie bohaterów dotyczącej kryteriów oceny siły argumentów:

  • Tylko dwóch świadków w trakcie całego procesu. A co jeśli się mylą?
  • Co to znaczy, że się mylą? Jaki byłby sens powoływania świadków?
  • Mogą się mylić?
  • Przecież zeznawali pod przysięgą.
  • To tylko ludzie, a ludzie popełniają błędy. Mogą się mylić?
  • Nie sądzę.
  • Wie pan, że mogą.
  • Daj pan spokój. Nikt tego nie może być pewny na 100 procent. To nie nauki ścisłe.

To na gruncie nauk ścisłych (w szczególności matematyki) posługujemy się zwykle ostrym, wyśrubowanym kryterium oceny dowodów, w sądzie możliwe jest tylko wskazywanie na to, co jest (bardziej) prawdopodobne lub nie.

Na jeszcze jeden ciekawy fakt natrafiłem ostatnio, oglądając wywiad z Neilem deGrassem Tysonem – znanym astrofizykiem. Otóż zwrócił on uwagę, że w sądzie zeznania naocznego świadka zdarzenia są najbardziej wartościowym typem dowodu, podczas gdy w nauce jest to rodzaj dowodu najsłabszy, najbardziej wątpliwy. Tyson czyni to spostrzeżenie, gdy został zapytany, czy wierzy, że UFO odwiedza świat – i zauważa, że wielu ludzi… widzi to, co chce widzieć, tzn. interpretują różne zjawiska fizyczne i astronomiczne czy plamy na zdjęciach jako statki kosmiczne. Są oni skłonni szukać i dopatrywać się potwierdzenia dla swoich przekonań, nie są zaś gotowi spróbować je obalić lub przynajmniej szukać innych wyjaśnień dla obserwowanych zjawisk.

Pomyślmy o tym jeszcze od innej strony: wszyscy znamy przeróżne iluzje optyczne. Najczęściej myślimy o tym jako czymś zabawnym, podczas gdy w istocie są to… porażki naszych umysłów. Mechanizmy odpowiedzialne za powstawanie iluzji są często wykorzystywane właśnie przez – nomen omen – iluzjonistów, czy inaczej: magików. Oczywiście, to nie jest miejsce na omawianie sekretów kuchni iluzjonistów, ale warto o tym pamiętać i zaakceptować, że uleganie iluzji = porażka umysłu. I mieć świadomość, że dzieje się to częściej, niż jesteśmy skłonni przyznać.

Jeśli ktoś nie zna, warto obejrzeć filmy z serii „Invisible Gorilla”. Niektórzy z Was zapewne znają filmy z dwiema drużynami, białą i czarną, które rzucają piłką, a naszym zadaniem jest policzenie liczby rzutów (jeśli nie, to ciekawą wersję znajdziecie tutaj) – to też film z tej serii. Tu dwa inne przykładowe:


Dowód rzeczowy

Po dyskusji o wartości zeznań świadków głos zabiera Trójka, który wspomina o dowodzie rzeczowym w postaci noża. Nóż miał zostać kupiony w okolicy już po kłótni z ojcem. Czwórka relacjonuje:

  • Po pierwsze: chłopak przyznał się, że wyszedł z domu około 20:00, po tym, jak ojciec dał mu parę klapsów…
  • Nie powiedział „klapsów”, mówił o „biciu” jest różnica między klapsem, a biciem.
  • …po tym, jak ojciec go kilka razy uderzył.

W tej wymianie jesteśmy świadkami małej walki semantycznej o to, jak należy określić, co zrobił ojciec: „dał klapsa”, „pobił” czy „uderzył”. Taki zabieg jest charakterystyczny dla tzw. marketingu politycznego, nazywany jest „nadawaniem spinu”, czyli obracaniem rzeczy lub faktu i pokazywaniem ich z innej perspektywy przez odpowiednie określenie jej przez słowa, tak aby wydawały się mniej lub bardziej atrakcyjne (ew. obojętne), pozytywne lub negatywne (ew. neutralne) – w zależności od potrzeb. Osoby zajmujące się tym profesjonalnie są nazywane „spin doktorami”.

Mały przykład: załóżmy, że jakiś nauczyciel muzyki często czyni uwagi krytyczne, które ludzie odbierają jako obraźliwe. Ten sam fakt możemy określić na różne sposoby, dodając do niego wartościowanie ujemne: „Nauczyciel muzyki jest chamski i obcesowy”, lub dodatnie: „Nauczyciel muzyki jest bezkompromisowo uczciwy w swoim krytycyzmie”. Mimo że odnosimy się do tej samej osoby lub nawet tej samej osoby w tej samej sytuacji, interpretujemy, wartościujemy i prezentujemy ją odbiorcy naszej wypowiedzi w inny sposób, wywołujemy inne skojarzenia, dajemy do zrozumienia, jaki jest nasz stosunek do tego, o czym mowa, wzbudzamy inne przekonania itp. Nadawanie spinu to także codzienność mediów, które opowiadają nam o tym, co się wydarzyło, dobierając odpowiednie słowa: „partyzanci” (o uzbrojonych grupach, np. islamistów) albo „terroryści”, „faszyści” (o uczestnikach Marszu Niepodległości) albo „prawdziwi patrioci”, „zabieg” (o aborcji) albo „morderstwo” itp. – w zależności od tego, jaką gazetę zaczniemy czytać lub jaki program obejrzymy, napotkamy inne określenia, ujrzymy te same wydarzenia przedstawione z innego punktu widzenia, inaczej wykadrowane.

Myślę, że nadawanie spinu dobrze obrazuje poniższy obrazek:

Wróćmy do filmu. Jeśli ojciec oskarżonego „dał mu klapsa”, to nie uczynił nic złego, nie sprowokował zachowania syna. Jeśli jednak go pobił, to w jakimś stopniu jest odpowiedzialny za to, co się stało – oskarżony zaś wydaje się w jakimś stopniu usprawiedliwiony w swoim działaniu (co może stanowić w sądzie okoliczność łagodzącą). Czwórka nie przystaje na określenie „bicie” – pochodzi ono z zeznań oskarżonego – a Czwórka jest do niego wyraźnie sceptycznie nastawiony. Wybiera określenie w miarę neutralne: „uderzył”.

Po sprzeczce z ojcem chłopak poszedł do sklepu i kupił nóż sprężynowy, który widzieli jego przyjaciele. Nóż z kościaną rękojeścią był jedynym tego rodzaju w sklepie i wydaje się rzadkim modelem. Został on zidentyfikowany jako narzędzie zbrodni. Oskarżony wrócił do domu, a później poszedł do kina i wrócił ponownie dopiero ok. 3 nad ranem. Twierdzi, że nóż zgubił, że wypadł mu z kieszeni… na nożu nie znaleziono odcisków palców – zdaniem Czwórki wytarł je właśnie oskarżony.

Problematyczne jest to, czy nóż, którym zabito ojca oskarżonego, i nóż zakupiony przez chłopaka to ten sam nóż, czy tylko taki sam nóż. Ławnicy zdają się rozumować następująco: Ten model noża jest unikalny (a przynajmniej bardzo rzadki), więc nóż, którym zabito ojca, jest tym samym, został zakupiony przez syna. Zauważmy, że nawet jeśli jest to prawdą, nie dowodzi to tego, że syn zabił ojca – oskarżony faktycznie mógł ów nóż zgubić. Ta informacja pochodzi jednak z zeznań oskarżonego i jest uznawana za niewiarygodną.

Pewność ławników podważa Ósemka, który wyciąga… taki sam nóż, kupiony w okolicy za kilka dolarów. Podważa tym samym tezę, że nóż znaleziony na miejscu zbrodni musi być tym samym nożem, co osłabia wartość tego dowodu w sprawie winy oskarżonego. Oczywiście nie osłabia innych dowodów, tj. zeznań naocznych świadków. Sytuacja wygląda następująco:

i wydaje się przemawiać zdecydowanie za winą oskarżonego. Diagram przedstawia:

  • dwa silne argumenty bazujące na zeznaniach staruszka i sąsiadki z naprzeciwka;
  • nieco nadwątlony argument stwierdzający, że oskarżony miał motyw (aczkolwiek jego wartość nie jest przesądzona ani na plus, ani na minus);
  • naruszoną wartość noża jako dowodu, że zbrodnię popełnił chłopak;
  • bardzo słabe alibi.

Przywołane argumenty w tym momencie wyraźnie przemawiają za tezą, że oskarżony jest winny. Dlatego Ósemka proponuje, by kolejne głosowanie odbyło się bez niego. Jeśli większość uzna chłopaka za winnego, on uszanuje demokratyczną decyzję i podporządkuje się woli większości.

Pierwszy przekonany

Okazuje się jednak, że wśród głosów znajduje się jeden za niewinnością chłopaka. Czyli mamy wynik 2:10.

Trójka z krzykiem zwraca się do Piątki, zarzucając mu zmianę zdania pod wpływem emocjonalnych argumentów Ósemki. To ciekawe, że to właśnie Piątkę podejrzewają o zmianę zdania – jako kogoś pochodzącego ze slumsów – gdy tymczasem osobą, która zmieniła zdanie jest Dziewiątka, czyli staruszek. Jak sam mówi, wina chłopaka jest prawie pewna, ale on chciałby dowiedzieć się więcej, ponadto deklaruje szacunek dla postawy Ósemki, chce go wesprzeć jako osamotnionego w dyskusji przeciw większości. Tylko tyle – to nie siła argumentów decyduje o zmianie zdania, lecz gotowość do wejścia w dyskusję, omówienia sprawy dokładniej, wsparcia innego punktu widzenia, dopóki nie zostanie wykazana jego błędność. Bardzo ciekawa postawa, takie myślenie kontra, pod prąd, wbrew innym, nie do końca serio, raczej eksperymentalnie… przypomina to celowy wybór grania w drużynie ze słabszymi.

2-10

Trójka… przeprasza Piątkę. Ale jego przeprosiny są dosyć kuriozalne: „Trochę mnie poniosło, nie miałem na myśli nic złego. Dobrze, że Pan nie jest z tych, którzy kierują się emocjami w swoich decyzjach”. Nie jest to przyznanie się do winy ze strony Trójki, lecz wskazanie, że Ósemka jest zbyt wrażliwy, łagodny i współczujący, by skazać winnego. Interesujące jest, że Trójka i Siódemka nieustannie analizują, czym kieruje się Ósemka: może dostał kiedyś w głowę, ma skłonności filantropijne i charytatywne, jest siostrą miłosierdzia, leczy swoje kompleksy lub próbuje oczyścić sumienie itp. – w każdym razie nie traktują jego uwag poważnie, dostrzegają jedynie specyficzny rys psychologiczny, który ma tłumaczyć jego zachowanie. Trzeba przyznać, że to dosyć wygodny i często spotykany sposób zachowania: ponieważ nie uznajemy czyjegoś autorytetu i znajdujemy wyjaśnienia jego zachowania w specyficznych cechach psychologicznych, nie rozważamy nawet jego argumentów. A przecież nawet wariat lub błazen mogą mieć czasem rację, choć trudno to przyznać.

Niespójność w zeznaniach

Po krótkiej przerwie w obradach głos zabiera Trójka i jeszcze raz przytacza zeznania staruszka mieszkającego piętro niżej. Ósemka zwraca uwagę, że problematyczne jest, czy sąsiad mógł tak dokładnie słyszeć słowa, które padły w kłótni ojca z synem. Wywiązuje się szybka wymiana argumentów, ale bez ważniejszych konkluzji. Następnie zaś jeden z ławników przypomina, że kobieta widziała na własne oczy, jak oskarżony zabija ojca. Widziała to przez okna przejeżdżającego pociągu. Ławnicy ustalają, że przejazd pociągu trwa ok. 10 sekund.

Interesujące okazuje się zestawienie zeznań obojga świadków. Ósemka pyta pozostałych przysięgłych, czy mieszkali kiedyś w pobliżu torów. To ciekawa strategia – zadawanie pytań, a nie oznajmianie – zwiększa ona siłę argumentacji. Strategia ta ma rodowód Sokratejski i zostanie ponownie zastosowana pod sam koniec filmu wobec Czwórki, zatem jeszcze do niej wrócimy. Szóstka oznajmia, że remontował mieszkanie w pobliżu trasy przejazdu kolejki, że nie dało się wytrzymać od hałasu. Co z tego wynika?

  • Starszy mężczyzna z mieszkania niżej, twierdzi, że słyszał jak chłopak krzyczy: „Zabiję cię”, a sekundę później, jak ciało upada na ziemię.
  • Kobieta z drugiej strony ulicy, przysięga, że wyjrzała przez okno i zobaczyła przez 2 ostatnie wagony kolejki, jak chłopak zabija ojca.
  • Ustalono, że żeby kolejka przejechała dany punkt, potrzeba dziesięciu sekund. Skoro kobieta widziała zabójstwo przez dwa ostatnie wagony można przypuszczać, że ciało upadło na podłogę zaraz po tym jak przejechała kolejka. W związku z tym zanim ciało upadło na podłogę, przez 10 sekund był niesamowity hałas. Według tego, co zeznaje staruszek, słyszał słowa chłopca „Zabije cię” przy ogłuszającym hałasie przejeżdżającej kolejki.
  • To niemożliwe. Nie mógł tego słyszeć.

Jak się zdaje, zeznania w pewnych punktach się wykluczają. Trójka jednak nie zgadza się z tym, że sąsiad nie mógł słyszeć krzyków. Wystarczyło przecież – jego zdaniem – że oskarżony krzyczał bardzo głośno (głośniej niż hałasowała kolejka)… Trójka pyta także, dlaczego świadek miałby kłamać.

Odpowiada mu Dziewiątka, czyli poczciwy staruszek. Stwierdza on – a wydaje się, że zna sprawę z własnego doświadczenia – że świadek był przestraszonym starym człowiekiem, który nic w życiu nie osiągnął, chodził w podartej marynarce, kulał… taki człowiek zaś ma potrzebę bycia wysłuchanym, zauważonym. To potrzeba, by poczuć się kimś ważnym, mogła sprawić, że starszy pan wmówił sobie, że słyszał chłopca i że rozpoznał jego twarz.

Trójka uznaje, że to bzdury…

Ósemka zaś dodaje, że nawet gdyby sąsiad słyszał słowa „Zabiję cię”, to nie muszą one oznaczać rzeczywistej groźby, lecz można je potraktować jako wyraz emocji, przesadny sposób mówienia („tak się czasem mówi”). Na co Trójka stwierdza, że każdy, kto wygłasza takie słowa, ma zamiar kogoś zabić…

Choć argumentacja nie wydaje się w tym momencie szczególnie silna, to jednak swoje zdanie zmienia Piątka. Wynik 3:9.

3-9

Spotyka się to z oburzeniem Siódemki, który nie dowierza całej sytuacji, nie rozumie, na czym opierają się ci, którzy zmienili zdanie. Zauważa, że sam obrońca był przekonany o winie chłopaka – a więc wina jest przesądzona (to forma argumentu z autorytetu). Ósemka odpowiada, że być może prawnik miał poczucie, że sprawa nie jest atrakcyjna, nie daje szansy wybicia się, nie wiąże się z uzyskaniem wielkich pieniędzy i w konsekwencji zwyczajnie się do niej nie przyłożył.

Kolejne wątpliwości zgłasza Jedenastka – zegarmistrz, imigrant z Europy, zafascynowany demokracją amerykańską i dumny, że być jej częścią. Przyznaje, że chłopak wydaje się winny, ale zadaje pytanie, dlaczego oskarżony po zabiciu ojca miałby po trzech godzinach wrócić do domu. Scenariusz zdarzeń ponownie wydaje się niespójny. Dwunastka i Czwórka zauważają, że pewnie wrócił po nóż. Ale po co? Ponieważ nóż był własnością chłopaka i wskazuje na niego jako winnego. Ale dlaczego go zostawił? Bo wpadł w panikę. Ale na nożu nie znaleziono śladów, czy zatem był na tyle opanowany, żeby zetrzeć ślady, ale nie tyle, żeby zabrać nóż? Może sądził, że nikt go nie widział i dlatego wrócił? Ale przecież kobieta krzyknęła, czyż to nie był znak, że ktoś go widział? Ale tam się krzyczy często, więc krzyk nie musiał o tym świadczyć…

Jedenastka zmienia zdania. Wynik 4:8. Ale dla zwolenników skazania oskarżonego wątpliwości pozostałej czwórki wydają się zupełnie absurdalne, ponieważ wciąż ufają oni zeznaniom staruszka.

Ławnicy przypominają sobie jednak wypowiedź staruszka, że pobiegł do drzwi i że dotarł do nich w 15-20 sekund (nie ma co do tego zgody). Ósemka – który jak już wiemy jest architektem – na podstawie planu mieszkania wyznacza odległość, którą świadek miał do pokonania, i przeprowadza eksperyment mający określić, ile zajmuje starszej osobie pokonanie takiego dystansu. Okazuje się, że… 41 sekund. To chyba jeden z bardziej spektakularnych momentów filmów, jeden z silniejszych argumentów wskazujący na niespójność zeznań, czyli konflikt prawdziwości niektórych z informacji.

Bardzo interesujące wydaje mi się to, że Ósemka jako architekt (jego profesja uwiarygodnia taką możliwość) buduje sobie model mentalny całej sytuacji, który pozwala mu na dostrzeżenie niezgodności w opisach zdarzeń. Widać w tym niezwykłą siłę wyobraźni i jej rolę w ocenie informacji. Podobny zabieg można odnaleźć w autobiografii Richarda Feynmana, wybitnego fizyka, który stosował taką metodę, że gdy ktoś starał się mu coś wytłumaczyć, to wyobrażał sobie przykłady. Budował sobie w wyobraźni przykład obiektu spełniającego podawane warunki – abstrakcyjne rozważania ilustrował sobie wyobrażeniem konkretnej sytuacji lub przedmiotu. Niejednokrotnie pozwoliło mu to na dostrzeżenie w błyskotliwy sposób rozmaitych trudności w matematyce i fizyce (zob. Pan raczy żartować, Panie Feynman!, rozdział Princeton, podrozdział Inny przybornik).

Ósemka dochodzi do wniosku, że staruszek sprzeczkę słyszał kilka godzin wcześniej, a dopiero później widział uciekającego zabójcę, którego wziął przez pomyłkę za chłopaka. Takie wyjaśnienie ma uspójnić obraz wydarzeń, wypełnić jego luki.

Temperatura sporu podnosi się. Trójka rzuca:

Widziałem już różne przekręty w życiu, ale tego jeszcze nie było. Przychodzicie tu i użalacie się nad jakimś łachudrą. Słuchacie jakichś bajek. Może koleś przekonałeś te baby, ale mnie nie przekonasz. Co z wami? Wszyscy wiecie, że jest winny. Trzeba go usmażyć. A wy pozwalacie, żeby się nam wymknął.

Ósemka stwierdza przy wszystkich, że Trójka zachowuje się, jakby chciał zostać katem, że chce, by chłopak zginął, bo ma osobiste pobudki (zatarg z własnym synem), że jest sadystą. Trójka rzuca się w stronę Ósemki z okrzykiem „Zabiję go!”. Ósemce pozostaje jedynie zapytać, czy naprawdę ma on to na myśli… w ten sposób zostało dowiedzione, że nie każdy, kto krzyczy „Zabiję go”, rzeczywiście ma taki zamiar. Co oczywiście nie przesądza, jaki był zamiar oskarżonego, ale stanowi kontrprzykład względem twierdzenia Trójki i podważa jego kategoryczną pewność w kilku kwestiach.

Ławnicy głosują po raz kolejny. Wynik 6:6, a więc remis. Zarzuty wobec zeznań staruszka przekonały aż 2 osoby, że istnieją uzasadnione wątpliwości co do winy oskarżonego: Dwójkę oraz Szóstkę.

6-6

Oto jak przedstawia się diagram dotyczący oceny zeznań staruszka. Zastrzeżenia świadczą o istnieniu zasadnych wątpliwości co do argumentu z zeznań tego właśnie świadka (pozostaje argument z dowodu rzeczowego oraz z zeznań drugiego świadka – sąsiadki):

Oczywiście, żaden argument nie ma tu siły dowodu dedukcyjnego, ale stanowią one podstawę do wyrażenia uzasadnionych wątpliwości co do winy oskarżonego. Podważają wartość zaprezentowanego dowodu.

12 gniewnych ludzi (2)

Znamy już dwa powody przemawiające – przynajmniej zdaniem niektórych ławników – za winą oskarżonego nastolatka. Zdążyliśmy ponadto zapoznać się z kilkoma postawami członków ławy przysięgłych. Dwójka nie potrafi zwerbalizować swoich przekonań, choć jest z całą siłą przekonany, że nastolatek jest winny zabójstwa, Trójka i Dziesiątka powołują się na pewne fakty wskazane przez prokuratora, podkreślają brak osobistego stosunku do sprawy, jednakże obaj mają trudności z zapanowaniem nad swoimi emocjami i nie unikają myślenia stereotypowego. Uosobieniem myślenia krytycznego zdaje się Ósemka, który – przynajmniej w tym momencie – jako jedyny nie przyjmuje strategii dążącej do potwierdzenia winy, szanuje zasadę domniemania niewinności i pozwala sobie na przypuszczenie sprzeciwiające się dominującemu przekonaniu o winie chłopca.

Podstawowy oręż, którym posługują się bohaterowie w pierwszych scenach to metodyczne wątpienie („Przypuśćmy, że się mylimy”), przerzucanie ciężaru dowodzenia (ławnicy mają przekonać Ósemkę, a nie na odwrót; prokurator ma dowieść winy, a nie obrońca niewinności) oraz zarzut niespójności (Ósemka zwraca uwagę na niekonsekwencję w myśleniu Krzykacza i Dziesiątki: ich zdaniem chłopak jest ze slumsów, więc kłamie; natomiast świadkowie mówią prawdę, choć przecież także są ze slumsów. Czwórka z kolei wskazuje na słabość alibi oskarżonego: twierdzi, że był w kinie na seansie, a nawet nie pamięta tytułu filmu, nazwisk autorów). To bardzo charakterystyczne dla filmu, że to samo narzędzie argumentacyjne bywa używane w zgoła różnych okolicznościach, w odmiennym celu.

Uzupełnianie obrazu zdarzeń

Piątka, gdy nadchodzi jego kolej… pasuje (używa takiego określenia, jakby chodziło o udział w grze), tzn. decyduje się nie wypowiadać. Z czasem rzecz się wyjaśni, jednakże na początku wygląda to na bierność, brak gotowości do podjęcia odpowiedzialności i wypowiedzenia swojego zdania, zagubienie pośród szczegółów sprawy. Interesujące jest jednak, że inni uszanowali milczenie Piątki, przyznali mu do niego prawo, nie naciskali na niego. Dopiero z czasem okazuje się, że Piątka także pochodzi ze slumsów i z tego względu trudno jest mu nie brać do siebie radykalnych ocen i sądów Krzykacza i Dziesiątki.

Szóstka koncentruje się na uprawdopodobnieniu zeznań dwojga świadków i stara się uzupełnić obraz tego, co się stało, o motywację: jeśli nastolatek miał motyw, to wskazanie go będzie wspierać obraz faktów przedstawiony przez świadków. Dowiadujemy się, że ok. 20.00 między ojcem a synem wywiązała się kłótnia, podczas której ojciec pobił chłopca. O ile dla Szóstki jest to wystarczający motyw zabójstwa (podobnie dla Czwórki, który twierdzi, że zapewne kropla przepełniła czarę), o tyle dla innych (np. Ósemki) kłótnia była zaledwie jedną z całego łańcucha doznanych krzywd, które z czasem mu wręcz spowszedniały, przyzwyczaił się do nich.

Siódemka chciałby jak najszybciej zakończyć debatę, ponieważ zamierza wybrać się wieczorem na mecz. Przypomina pozostałym, jak wygląda kartoteka podejrzanego:

Kiedy miał 10 lat wylądował w sądzie dla nieletnich, bo rzucił w nauczyciela kamieniem. Kiedy miał 15 lat, był w poprawczaku. Ukradł samochód. Raz był aresztowany za napad, dwa razy za bijatyki z użyciem noża. Podobno umie się obchodzić z nożem.

Kartoteka, podobnie jak posiadanie motywu, ma świadczyć o winie oskarżonego – elementy układanki zdają się do siebie pasować: zeznania świadków wskazują na chłopaka, miał on motyw i był w stanie zabić ojca nożem. Oto jak wygląda obecna struktura argumentacji:

4

W tym momencie wina oskarżonego zdaje się wielce prawdopodobna (a dla niektórych przesądzona). Jego alibi wydaje się niewiarygodne, są świadkowie, jest motyw, jest zdolność (wykonalność techniczna).

Nic dziwnego, że poruszane zostają różne tematy poboczne, takie dyskusje off-topic. Szczególnie ważna – z perspektwy późniejszych zdarzeń – jest wypowiedź Krzykacza, która stawia pod znakiem zapytania jego deklarowany brak osobistego stosunku do sprawy:

Ja mam syna. 22 lata. Kiedy miał 9 lat uciekł przed bójką. Tak mi było wstyd, że o mało się nie porzygałem. Postanowiłem sobie wtedy, że zrobię z niego mężczyznę. No i zrobiłem… Kiedy miał 16 lat, pokłóciliśmy się… dostałem porządnie w szczenę. Nie widziałem go od dwóch lat. Dzieci…  Można się dla nich zaharować…

Co ma związek ze sprawą, a co nie ma?

To jeden z głosów dotyczący wciąż powracającej kwestii: pochodzenia chłopaka ze slumsów i jego kryminalnej przeszłości. Czwórka trafnie wskazuje, że dyskusja zboczyła z tematu:

Chyba zboczyliśmy z tematu. Ten chłopak jest wynikiem rozbitej rodziny, ohydnego otoczenia. Nic na to nie poradzimy. Musimy tu zdecydować czy jest winny czy nie, a nie rozmyślać, dlaczego dorastał w takich a nie innych warunkach.

Ale nie potrafi powstrzymać się od dość szokującej – ze względu na jego zasadniczo chłodne i racjonalne usposobienie – uwagi:

Urodził się w slumsach, a slumsy to raj dla potencjalnych kryminalistów. Wiemy to wszyscy. Dzieci stamtąd to zmora dla społeczeństwa.

Jego intencje nie są jasne (być może nie miał na myśli tego, że chłopak jest winny, po prostu chciał zamknąć kwestię), na podstawie jego innych zachowań trudno posądzać go za rasizm kulturowy, jednakże jego wypowiedź to woda na młyn Dziesiątki, który upiera się, że pochodzenie chłopaka jest istotne:

To prawda. Dzieci stamtąd to śmieci…

Ta wymiana ilustruje bardzo ważną kwestię. Jedną z reguł racjonalnej dyskusji (np. na gruncie tzw. modelu pragma-dialektycznego Fransa H. van Eemerena i Roba Grootendorsta) jest to, że argumentacja powinna być związana z tematem, a argumenty powinny być merytoryczne i relewantne (Zasada sposobu: Obrona danego stanowiska może polegać wyłącznie na przedstawieniu argumentów odnoszących się do tego stanowiska.). Istnieje wiele technik erystycznych naruszających tę zasadę, np. zmiana tematu (mutatio controversiae; chwyt określany także mianem „wędzonego śledzia” (red herring)), atak na osobę (ad hominem), schlebianie publiczności (ad populum) – chwyty te można traktować jako argumenty pozamerytoryczne. Problem z nimi jest taki, że trudno określić granicę tego, co merytoryczne i niemerytoryczne, ponadto argumenty pozamerytoryczne często są bardziej przekonujące dla audytorium (mają większy wpływ na ich przekonania) niż merytoryczne.

Czy pochodzenie chłopaka ze slumsów ma związek ze sprawą czy nie, czy przesądza o winie chłopaka? Zdaniem Dziesiątki (choć raczej nie Czwórki) – ma. Związek rzecz jasna jest, ale bardzo pośredni. Podnoszenie pochodzenia ze slumsów do rangi kluczowej okoliczności znamionuje nieuczciwą argumentację ad hominem (dyskredytującą chłopca i kwalifikującą wszystkie jego wypowiedzi jako fałszywe). Wobec takich właśnie zabiegów argumentacyjnych występuje ze sprzeciwem Piątka, który przyznaje, że sam pochodzi ze slumsów. I choć inni niejako bagatelizują tę wypowiedź, uspokajają Piątkę, proszą go, aby nie brał tego do siebie, że to nie o nim mowa, to dopiero jego „coming out” nadaje dyskusji inny ton, na jakiś czas ją uspokaja i sprowadza na właściwe tory – zamyka przynajmniej jeden powód do kłótni (choć szybko znajdą się inne).

Często bywa tak, że bezpośrednie zetknięcie z człowiekiem pochodzącym z grupy postrzeganej stereotypowo (np. odmiennej narodowości, orientacji, płci, wykonującej inny zawód itp.) ów stereotyp może rozbić, pohamować gotowość do wygłaszania krzywdzących sądów. Wydaje się, że podobnie jest w tej scenie, choć na mniejszą skalę: Piątka stanowi kontrprzykład wobec przekonania, że wszyscy pochodzących ze slumsów są tacy sami.

Przeciw myśleniu grupowemu

Nadchodzi czas na Ósemkę. Choć to inni mieli przekonywać jego, udzielono mu głosu (sprawa udzielenia głosu była przedmiotem osobnej awantury, jakże by inaczej):

Nie powiem nic nadzwyczajnego. Wiem tyle co i wy. Jeżeli weźmiemy pod uwagę zeznania świadków, chłopak wygląda na winnego. Może i jest… Siedziałem w sądzie 6 dni, słuchając zeznań. Wszyscy byli tacy pewni i stanowczy. W pewnym momencie zaczęło mi coś nie grać. Przecież nic nie jest pewne. Chciałem zadać tyle pytań… Może by nie miały sensu, nie wiem… ale, wydaje mi się, że obrońca nie przyłożył się zbytnio do sprawy. Nie przesłuchał dokładnie świadków. Wiele rzeczy pominął.

Davis cały czas nie jest przekonany o niewinności oskarżonego, ale dopuszcza taką możliwość. Moim zdaniem kluczowe w powyższej wypowiedzi jest wskazanie, co wpłynęło na zmianę nastawienia Ósemki: „Wszyscy byli tacy pewni i stanowczy”, a jemu kłębiły się w głowie rozmaite pytania. Opis ten bardzo przypomina zjawisko określone przez psychologów mianem „syndromu myślenia grupowego”.

W podręcznikach psychologii społecznej i myślenia krytycznego w ramach ilustracji tego syndromu bardzo często przytaczany jest przykład prezydenta Johna F. Kennedy’ego i zespołu jego doradców, którzy w kwietniu 1961 r. podjęli decyzję o przerzuceniu na Kubę (od kilku lat znajdującej się pod rządami Fidela Castro) oddziału kubańskich emigrantów w celu wywołania na wyspie rewolucji. Wydarzenie to nazwano inwazją w Zatoce Świń. Zakończyło się całkowitą porażką. Proces, który doprowadził do podjęcia tej decyzji, analizowano wielokrotnie i bardzo obszernie. Jako przyczyny podjęcia złej decyzji wskazywano m.in.

  • autocenzurę doradców prezydenta (brak odwagi zabierania głosu w sprawach spornych),
  • przesadne strzeżenie jednomyślności,
  • podejmowanie decyzji brzemiennej w skutki przez wysoko wykształcone osoby (ekspertów, autorytety) darzące się szacunkiem,
  • brak instancji nadrzędnej, kontrolującej, oceniającej i rozliczającej decyzje grupy.

Krótko mówiąc: myślenie grupowe grozi nam wtedy, gdy warunki wykonywania wraz z innymi jakiegoś zadania lub jakiejś pracy nie sprzyjają możliwości rozważenia innych punktów widzenia, wątpliwości i istnieje presja (np. związana z czasem) na podjęcie ważnej decyzji. Jak się zdaje, sytuacja na sali rozpraw zdecydowanie sprzyjała zaistnieniu syndromu myślenia grupowego. Ósemka podkreśla przecież, że obrońca nie przyłożył się do sprawy, prokurator był bardzo stanowczy, nikt nie podważał zeznań świadków, nie dążył do ich podważenia. Dwójka i Szóstka przyznają, że o winie oskarżonego zostali przekonaniu już właściwie na samym początku procesu.

Po wypowiedzi Ósemki kolejni ławnicy nie zostali dopuszczeni do głosu w ramach przyjętego porządku obrad…

cdn.

Kontakt

Tu wpisz treść wiadomości...