Przyjaciele i krytyczne myślenie: sztuka argumentacji

W „Przy­ja­cio­łach” znaj­dzie­my wie­le scen, w któ­rych ktoś pró­bu­je ko­goś do cze­goś prze­ko­nać. Za­zwy­czaj ar­gu­men­ty te mają war­tość z punk­tu wi­dze­nia re­to­ry­ki czy ery­sty­ki, ale nie­ko­niecz­nie z per­spek­ty­wy lo­gi­ki. Krót­ko mó­wiąc, gdy ktoś pró­bu­je prze­ko­nać ko­goś do wia­ry w prze­ko­na­nie P lub do pod­ję­cia de­cy­zji D, to nie sta­ra się o po­da­nie obiek­tyw­nych, praw­dzi­wych ra­cji, lecz sto­su­je roz­ma­ite środ­ki re­to­rycz­no-per­swa­zyj­ne, by ów efekt uzy­skać. Czę­sto są to środ­ki bar­dzo efek­tow­ne i za­baw­ne — se­rial ko­me­dio­wy rzą­dzi się prze­cież swo­imi pra­wa­mi. My­ślę, że adep­tów my­śle­nia kry­tycz­ne­go po­win­no to skło­nić do re­flek­sji, że nie za­wsze do­bre ar­gu­men­ty mogą być prze­ko­nu­ją­ce czy efek­tyw­ne, na­to­miast prze­ko­nu­ją­ce mogą oka­zać się ar­gu­men­ty sła­be: wą­tłe me­ry­to­rycz­nie czy lo­gicz­nie. Niby zna­na rzecz, ale za­wsze war­ta pod­ję­cia na nowo.

Kla­sycz­ny przy­kład argumentów/chwytów ery­stycz­nych znaj­du­je­my w hi­sto­rii woj­ny tro­jań­skiej. Bo­gi­ni Eris wy­wo­ła­ła spór mię­dzy trze­ma bo­gi­nia­mi, rzu­ca­jąc zło­te jabł­ko z na­pi­sem „Dla naj­pięk­niej­szej”. Spór miał roz­strzy­gnąć Pa­rys, jed­nak­że każ­da z trzech bo­giń: Afro­dy­ta, Ate­na i Hera, sta­ra­ła się na­kło­nić Pa­ry­sa, by wy­brał wła­śnie ją. Afro­dy­ta obie­ca­ła mu za żonę He­le­nę, Ate­na — mą­drość, a Hera — wła­dzę. W tym wy­pad­ku prze­kup­stwo sta­no­wi ar­gu­ment za tym, aby uznać jed­ną z bo­giń za naj­pięk­niej­szą. Za­uważ­my, że nie jest to ar­gu­ment me­ry­to­rycz­ny: „Po­wi­nie­neś być przekonany/uznać, że je­stem naj­pięk­niej­sza, po­nie­waż otrzy­masz to a to” nie ma nic wspól­ne­go z kry­te­ria­mi by­cia pięk­nym. Ta­kie kry­te­ria mo­gły­by na przy­kład do­ty­czyć pro­por­cji fi­gu­ry, nie­ska­zi­tel­nej cery czy ogól­nej gra­cji. Ar­gu­ment me­ry­to­rycz­ny mógł­by wy­glą­dać tak: „Po­wi­nie­neś uznać, że je­stem naj­pięk­niej­sza, po­nie­waż mam naj­do­sko­nal­sze pro­por­cje cia­ła”. Żad­na z bo­giń nie od­wo­łu­je się do kry­te­riów pięk­na. Wy­ko­rzy­stu­ją ar­gu­men­ta­cję ery­stycz­ną, nie zaś me­ry­to­rycz­ną. Każ­dej z nich na­le­ży na wy­gra­nej, a nie na praw­dzie.

***

A jak to wy­glą­da w „Przy­ja­cio­łach”? In­te­re­su­ją­cą prób­kę przy­kła­dów ilu­stru­ją­cych po­wyż­szy pro­blem od­naj­du­je­my już w trze­cim od­cin­ku se­ria­lu (S01E03). Joey przy­go­to­wu­je się do roli, któ­ra wy­ma­ga od nie­go umie­jęt­no­ści pa­le­nia pa­pie­ro­sów. Joey ni­gdy nie pa­lił, więc nie za bar­dzo so­bie ra­dzi z tym za­da­niem. Z po­mo­cą przy­cho­dzi Chan­dler, któ­ry po­ka­zu­je Jo­ey­emu, jak się pali, a tym sa­mym po­wo­du­je u sie­bie… na­wrót na­ło­gu ni­ko­ty­no­we­go. Resz­ta przy­ja­ciół jest tym sta­nem po­iry­to­wa­na i pró­bu­ją prze­ko­nać Chan­dle­ra, by rzu­cił pa­le­nie. W jed­nej ze scen, gdy Chan­dler pró­bu­je za­pa­lić pa­pie­ro­sa, re­agu­ją obu­rze­niem. Jed­nak Chan­dler wy­cho­dzi z sy­tu­acji obron­ną ręką:

Ar­gu­ment Chan­dle­ra jest na­stę­pu­ją­cy: „Mam wadę. Wszy­scy je mamy (na­stę­pu­je wy­li­cze­nie). Ja sza­nu­ję wa­sze wady, więc wy po­win­ni­ście sza­no­wać moją”.

Rzecz ja­sna, nie jest to ar­gu­ment, któ­re­mu nie moż­na nic za­rzu­cić od stro­ny lo­gicz­nej, jed­nak­że oka­zu­je się on sku­tecz­ny. Za­uważ­my kil­ka rze­czy:

  • bar­dzo wąt­pli­we jest, czy pa­le­nie Chan­dle­ra na­le­ży uznać je­dy­nie za wadę. Jed­nak­że taka kwa­li­fi­ka­cja jest a) pro­por­cjo­nal­na do za­rzu­tów resz­ty przy­ja­ciół, b) przy oka­zji umniej­sza ran­gę przy­pa­dło­ści Chan­dle­ra. Jest pro­por­cjo­nal­na, po­nie­waż gru­pa przy­ja­ciół obu­rza się na Chan­dle­ra w sty­lu: prze­stań, to obrzy­dli­we, iry­tu­ją­ce, prze­szka­dza nam. Ra­chel stwier­dza: „To gor­sze niż kciuk (któ­ry Pho­ebe zna­la­zła w pusz­cze na­po­ju ga­zo­wa­ne­go)”. Zwróć­my uwa­gę, że ar­gu­ment ten miał­by więk­szą war­tość, np. gdy­by któ­raś z sie­dzą­cych ko­biet była w cią­ży lub ktoś był uczu­lo­ny na dym pa­pie­ro­so­wy. Tak jed­nak nie jest.
    Chan­dler sto­su­je za­tem stra­te­gię po­dob­ne­go ka­li­bru. Po pierw­sze obu­rza się: to nie­spra­wie­dli­we. Na­stęp­nie wy­ko­rzy­stu­je chwyt tzw. „bel­ki w oku”: wy też ro­bi­cie rze­czy, któ­re są iry­tu­ją­ce — ma­cie wady — ale ja je ak­cep­tu­ję. Oka­zu­je się jed­nak, że gru­pa re­agu­je na swo­je wady w róż­ny spo­sób — Joey uzna­je gry­zie­nie wło­sów przez Pho­ebe za bar­dzo iry­tu­ją­ce, Ross — za uro­cze.
    Jed­nak­że po­wie­dze­nie, że pa­le­nie to wada, jest okre­śle­niem eu­fe­mi­stycz­nym, po­mi­ja w szcze­gól­no­ści skut­ki zdro­wot­ne czy kwe­stie fi­nan­so­we zwią­za­ne z na­ło­giem — od któ­rych wol­ne są prze­cież wady in­nych przy­ja­ciół wy­mie­nio­ne przez Chan­dle­ra.
  • nikt nie wska­zu­je na luki w ar­gu­men­ta­cji Chan­dle­ra: nikt nie pod­wa­ża uzna­nia pa­le­nia za wadę, nikt nie pod­wa­ża pra­wa Chan­dle­ra do tego, by jego wada była sza­no­wa­na przez in­nych (swo­ją dro­gą może nie bez zna­cze­nia jest to, że rzecz dzie­je się w USA ;)). Ktoś z przy­ja­ciół mógł­by stwier­dzić, że gru­pa ak­cep­tu­je inne wady Chan­dle­ra (daj­my na to dziw­ne po­czu­cie hu­mo­ru), a to­le­ran­cja nie po­win­na obej­mo­wać pa­le­nia — jako wady/przypadłości szcze­gól­nie iry­tu­ją­cej.
  • tak czy siak: Chan­dler osią­gnął swój cel — gru­pa za­czę­ła się kłó­cić mię­dzy sobą, a on mógł spo­koj­nie so­bie za­pa­lić. Kłót­nia przy­ja­ciół po­ka­zu­je, że Chan­dler pod­rzu­cił przy oka­zji te­mat za­stęp­czy. Kwe­stią już nie jest to, że Chan­dler nie po­wi­nien pa­lić, lecz to, ja­kie kto ma wady i jak bar­dzo są iry­tu­ją­ce. Wy­da­je się, że Chan­dler sub­tel­nie zmie­nił te­mat, pod­rzu­cił — być może nie­in­ten­cjo­nal­nie — tzw. wę­dzo­ne­go śle­dzia (red her­ring).

Ar­gu­men­ty zdro­wot­ne, czy­li nie­co bar­dziej me­ry­to­rycz­ne i zu­peł­nie na­tu­ral­ne, gdy rzecz do­ty­czy pa­le­nia pa­pie­ro­sów, po­ja­wia­ją się w póź­niej­szej sce­nie. Chan­dler stwier­dza jed­nak, że ma do­syć dys­ku­sji o raku, ro­ze­dmie czy cho­ro­bach ser­ca — upie­ra się, że pa­le­nie jest su­per… i wszy­scy o tym wie­dzą. Ja z ko­lei my­ślę, że wszy­scy wie­my, jak trud­no jest prze­ko­nać (sku­tecz­nie) ko­goś do tego, by prze­stał pa­lić. Na­pi­sy czy dra­stycz­ne zdję­cia na pacz­kach pa­pie­ro­sów nie mają wiel­kiej mocy per­swa­zyj­nej, oso­by pa­lą­ce sto­su­ją sze­reg wy­bie­gów po­zwa­la­ją­cych im na uspo­ko­je­nie swo­je­go su­mie­nia (i wy­ci­sze­nie dy­so­nan­su po­znaw­cze­go): ra­cjo­na­li­za­cję, szu­ka­nie ko­zła ofiar­ne­go, prze­for­mu­ło­wa­nie zna­cze­nia, iden­ty­fi­ka­cję z gru­pą, wy­pie­ra­nie… Tym­cza­sem Chan­dle­ro­wi po­zwa­la w oma­wia­nym od­cin­ku wyjść z na­ło­gu jed­na roz­mo­wa te­le­fo­nicz­na!

Nie­ste­ty, nie mogę po­dać od­no­śni­ka do tej sce­ny, po­nie­waż nie je­stem w sta­nie zna­leźć jej w in­ter­ne­cie. Po­dam za­tem kil­ka szcze­gó­łów. Roz­mo­wa to­czy się mię­dzy Chan­dle­rem a Ala­nem — no­wym chło­pa­kiem Mo­ni­ki — któ­re­go cała pacz­ka bar­dzo po­lu­bi­ła, któ­re­go bar­dzo sza­nu­ją itp.

Alan dzwo­ni do Chan­dle­ra. W sce­nie z tą roz­mo­wą te­le­fo­nicz­ną nie sły­szy­my, co mówi Alan, sły­szy­my je­dy­nie, co mówi Chan­dler: „Fakt… Nikt mi do­tąd tego tak nie wy­ło­żył…”. Roz­mo­wa trwa do­słow­nie kil­ka se­kund. Sce­na po­my­śla­na bar­dzo spryt­nie, nie­praw­daż? Co mo­gło za­dzia­łać na Chan­dle­ra? Oczy­wi­ście, trud­no po­wie­dzieć. Bo­ha­ter cze­muś przy­ta­ku­je i stwier­dza, że to, co usły­szał, jest dla nie­go ja­kąś no­wo­ścią. Być może Alan wie­dział, co na­le­ży po­ru­szyć, by prze­ko­nać Chan­dle­ra. Być może po­dzia­łał sam au­to­ry­tet Ala­na — nie­za­leż­nie od tego, co zo­sta­ło po­wie­dzia­ne. Może były to pro­ste zda­nia lub wręcz tru­izmy: „Nie po­wi­nie­neś pa­lić. Po­wi­nie­neś być sil­niej­szy niż twój na­łóg” — ale wy­po­wie­dzia­ne przez od­po­wied­nią oso­bę prze­ko­na­ły Chan­dle­ra. W każ­dym ra­zie Chan­dler prze­sta­je pa­lić i do­pie­ro w któ­rymś z ko­lej­nych se­zo­nów na­łóg wra­ca… wów­czas po­ma­ga do­pie­ro ka­se­ta z prze­ka­zem ba­zu­ją­cym na hip­no­zie… kie­ro­wa­nym do ko­biet. Ale to już ma­te­riał na inną opo­wieść.

***

Dru­gi in­te­re­su­ją­cy przy­kład spo­ru z „Przy­ja­ciół” to dys­ku­sja mię­dzy Ros­sem a Pho­ebe na te­mat war­to­ści teo­rii ewo­lu­cji. Ross jako dok­tor pa­le­on­to­lo­gii jest obroń­cą tej teo­rii przed za­rzu­ta­mi wy­su­wa­ny­mi przez Pho­ebe — na­uko­wą dy­le­tant­kę, któ­ra wie­lo­krot­nie da­wa­ła wy­raz swo­im dzi­wacz­nym prze­ko­na­niom, prze­są­dom, za­in­te­re­so­wa­niom zja­wi­ska­mi pa­ra­nor­mal­ny­mi itp. Ross by­naj­mniej wca­le nie ma ła­twe­go za­da­nia, a Pho­ebe by­naj­mniej nie w każ­dym mo­men­cie ple­cie trzy po trzy (S02E03).

 

Rzecz za­czy­na się od nie­co oszo­ło­miar­skie­go stwier­dze­nia Pho­ebe, że… jest wie­le rze­czy, w któ­re nie wie­rzy, ale nie zna­czy, że nie ist­nie­ją (co ma chy­ba prze­ko­nać przy­ja­ciół, że mogą nie wie­rzyć w aury, ale to nie wy­klu­cza, że moż­na je od­czu­wać i że na­wo­ły­wa­nie zmar­łych — by szli do świa­tła — ma ja­kiś sens). Teo­ria ewo­lu­cji po­ja­wia się w nie­zbyt za­cnym to­wa­rzy­stwie krę­gów w zbo­żu i trój­ką­ta ber­mudz­kie­go. Na py­ta­nie Ros­sa, dla­cze­go nie wie­rzy w ewo­lu­cję, bo­ha­ter­ka od­po­wia­da zbit­ką ro­dem ze słow­ni­ka ko­mu­na­łów Flau­ber­ta: „mał­py, Dar­win, sym­pa­tycz­na hi­sto­ria, ale zbyt pro­sta”. Ross pro­po­nu­je swo­je ro­zu­mie­nie ewo­lu­cji: wy­kształ­ce­nie się każ­dej for­my ży­cia z or­ga­ni­zmów jed­no­ko­mór­ko­wych w pro­ce­sie trwa­ją­cym wie­le mi­lio­nów lat. Od­po­wiedź Pho­ebe zdra­dza lek­ce­wa­że­nie: „nie ku­pu­ję tego”. Ross tym­cza­sem roz­pę­dza się i stwier­dza, że ewo­lu­cja jest na­uko­wym fak­tem… po­dob­nie jak po­wie­trze czy gra­wi­ta­cja. Pho­ebe nie wie­rzy jed­nak i w gra­wi­ta­cję — czu­je się ra­czej od­py­cha­na, niż przy­cią­ga­na.

Za­dzi­wia­ją­ce są dwie rze­czy (acz­kol­wiek być może nie­do­strze­gal­ne przy pierw­szym oglą­da­niu tej sce­ny): non­sza­lan­cja Pho­ebe, któ­ra je­śli tyl­ko się nie zgry­wa, to spra­wia wra­że­nie kre­tyn­ki; za­cie­trze­wie­nie Ros­sa, któ­ry na­da­je teo­rii ewo­lu­cji ran­gę nie hi­po­te­zy na­uko­wej, lecz czy­ste­go fak­tu. O ile w wy­pad­ku Pho­ebe mo­że­my po­dej­rze­wać, że tyl­ko przyj­mu­je pew­ną iro­nicz­ną po­sta­wę, to je­śli tyl­ko za­sta­no­wi­my się nad tym, co mówi Ross — skąd­inąd na­uko­wiec — po­win­ni­śmy być na­praw­dę za­alar­mo­wa­ni — jego cał­ko­wi­tą pew­no­ścią, nie­do­pusz­cza­ją­cą cie­nia wąt­pli­wo­ści.

Ross sta­wia so­bie za punkt ho­no­ru prze­ko­na­nie Pho­ebe do teo­rii ewo­lu­cji. Przy­wo­łu­je do­wód — ska­mie­li­ny od­naj­dy­wa­ne na ca­łym świe­cie. Stwier­dza, że gdy na nie pa­trzy­my do­słow­nie mo­że­my zo­ba­czyć, jak ga­tun­ki ewo­lu­owa­ły w cza­sie. Pho­ebe wy­zna­je, że o tym nie wie­dzia­ła, na­wet spra­wia wra­że­nie prze­ko­na­nej, ale wów­czas mówi coś, co nor­mal­nie uzna­li­by­śmy za wia­rę w teo­rię spi­sko­wą: „praw­dzi­wą kwe­stią jest, kto umie­ścił wszyst­kie te ska­mie­li­ny i po co”. Mo­że­my in­ter­pre­to­wać tę wy­po­wiedź jako wy­su­nię­tą se­rio, zgry­wa­nie się w psy­cho­lo­gicz­nej grze z Ros­sem — ale mo­że­my też wi­dzieć w tym dą­że­nie do usta­le­nia sta­tu­su teo­rii ewo­lu­cji. Ross nie stwier­dza już, że ewo­lu­cja jest fak­tem, lecz przed­sta­wia do­wo­dy, któ­re mają ją po­twier­dzać — wi­dać pe­wien pro­gres, ale to jesz­cze nie jest dla Pho­ebe etap sa­tys­fak­cjo­nu­ją­cy, wia­ry­god­ny.

Jako ko­lej­ny do­wód ma po­słu­żyć prze­ciw­staw­ny kciuk. Ross pyta Pho­ebe, jak moż­na wy­ja­śnić ich ist­nie­nie. Phe­obe od­po­wia­da, że może ko­smi­ci po­trze­bo­wa­li ich do ste­ro­wa­nia po­jaz­da­mi. Nie ta­kiej od­po­wie­dzi ocze­ki­wał pa­le­on­to­log. Zwróć­my uwa­gę, że w tym mo­men­cie Ross zwra­ca uwa­gę na waż­ną ce­chę teo­rii ewo­lu­cji, mia­no­wi­cie: jej moc wy­ja­śnia­ją­cą. O ile ska­mie­li­ny mają świad­czyć o jej praw­dzi­wo­ści, o tyle prze­ciw­staw­ny kciuk to przed­miot wy­ja­śnie­nia. Pho­ebe ofe­ru­je jed­nak hi­po­te­zę al­ter­na­tyw­ną: być może je­ste­śmy przod­ka­mi nie małp (czy też pre­cy­zyj­niej: nie mamy z mał­pa­mi wspól­ne­go przod­ka), lecz ko­smi­tów. Do tej kwe­stii jesz­cze wró­ci­my.

Pho­ebe wska­zu­je po­nad­to, że być może tym, co na­le­ży wy­ja­śnić, jest ob­se­sja Ros­sa, aby każ­dy się z nim zga­dzał. To chy­ba może świad­czyć o tym, że sprze­ci­wia mu się z czy­stej prze­ko­ry…

W ko­lej­nej sce­nie Pho­ebe wprost stwier­dza, że nie ne­gu­je ewo­lu­cji, ale pró­bu­je po­wie­dzieć, że to tyl­ko jed­na z moż­li­wo­ści. Ross brnie w za­par­te, stwier­dza­jąc, że jest to moż­li­wość je­dy­na. Pho­ebe wy­su­wa w koń­cu do­syć ty­po­wy ar­gu­ment po­ja­wia­ją­cy się w spo­rach o moż­li­wość błę­du w ba­da­niach na­uko­wych, mia­no­wi­cie: fakt, że kie­dyś na­ukow­cy wie­rzy­li, iż Zie­mia jest pła­ska, oraz że nie­któ­re prze­ko­na­nia i teo­rie na­uko­we z cza­sem zre­wi­do­wa­no lub od­rzu­co­no, jak w wy­pad­ku bu­do­wy ato­mu. Na tej pod­sta­wie — sto­su­jąc stra­te­gię eg­za­mi­na­to­ra, po­le­ga­ją­cą na za­da­wa­niu se­rii py­tań — przy­pie­ra Ros­sa do muru i uzy­sku­je od nie­go przy­zna­nie się, że „ist­nie­je mała moż­li­wość, by teo­ria ewo­lu­cji była fał­szy­wa”. To wy­zna­nie Pho­ebe uzna­je za wy­par­cie się Ros­sa jego sys­te­mu prze­ko­nań — pyta go, jak bę­dzie mógł pójść na­za­jutrz do pra­cy, jak bę­dzie mógł spoj­rzeć w twarz so­bie i in­nym na­ukow­com.

Po tym upo­ko­rze­niu Ros­sa sta­je się w koń­cu oczy­wi­ste, że dla Pho­ebe była to tyl­ko gra.

Z tej wy­mia­ny mo­że­my wy­cią­gnąć kil­ka do­syć waż­nych nauk:

  1. Trud­no po­le­mi­zo­wać z iro­ni­stą.
  2. Na­wet ktoś bę­dą­cy igno­ran­tem może mieć do po­wie­dze­nia coś in­te­re­su­ją­ce­go i war­to­ścio­we­go.
  3. Hi­po­te­zy na­uko­we są je­dy­nie hi­po­te­za­mi, ale aż teo­ria­mi. Tzn. mają dużą war­tość eks­pla­na­cyj­ną i pre­dyk­cyj­ną, choć nie są bez­wa­run­ko­wo praw­dzi­we. Teo­rie na­uko­we — jako wy­ja­śnie­nia za­ob­ser­wo­wa­nych fak­tów — są za­wod­ne, tzn. mogą oka­zać się fał­szy­we, wów­czas na­le­ży je zre­wi­do­wać, tzn. do­pra­co­wać szcze­gó­ły, lub od­rzu­cić.
  4. Za­daj­my so­bie py­ta­nie, czy po­tra­fi­my uza­sad­nić, że teo­ria ewo­lu­cji jest lep­szym wy­ja­śnie­niem niż hi­po­te­za po­za­ziem­skie­go po­cho­dze­nia czło­wie­ka? Otóż ist­nie­ją kry­te­ria po­zwa­la­ją­ce na okre­śla­nie, któ­ra z kon­ku­ren­cyj­nych hi­po­tez jest lep­sza (choć nie prze­są­dza to jej praw­dzi­wo­ści). Hi­po­te­za po­win­na być peł­na (obej­mo­wać wszyst­kie zja­wi­ska wy­ma­ga­ją­ce wy­ja­śnie­nia), głę­bo­ka (nie pro­wa­dzi do hi­po­tez bar­dziej kon­tro­wer­syj­nych), sil­na (moż­na ją za­sto­so­wać do wy­ja­śnie­nia in­nych przy­pad­ków), fal­sy­fi­ko­wal­na (moż­na za­pro­po­no­wać eks­pe­ry­ment, któ­ry był­by w sta­nie oba­lić teo­rię), skrom­na (nie po­win­na obej­mo­wać wię­cej, niż po­trze­ba do wy­ja­śnie­nia da­ne­go zja­wi­ska), pro­sta (nie po­win­na bez po­trze­by wpro­wa­dzać no­wych ro­dza­jów by­tów) i kon­ser­wa­tyw­na (zgod­na z na­szy­mi in­ny­mi do­brze ugrun­to­wa­ny­mi prze­ko­na­nia­mi). Tzn. hi­po­te­zę peł­niej­szą uzna­my lep­szą niż mniej peł­ną itd. Teo­ria ewo­lu­cji wy­da­je się m.in peł­niej­sza, sil­niej­sza, prost­sza i bar­dziej kon­ser­wa­tyw­na niż hi­po­te­za po­cho­dze­nia po­za­ziem­skie­go. Przy­naj­mniej na ra­zie. 😉
***

Praw­dzi­wą pe­reł­kę sta­no­wi jed­nak jesz­cze inna sce­na (S06E22). To sce­na, w któ­rej Ross musi zmie­rzyć się z oj­cem swo­jej dziew­czy­ny (tro­chę po­dob­nie jak z oj­cem Ra­chel). Tym ra­zem Ross spo­ty­ka się z Eli­za­beth, swo­ją stu­dent­ką. Jed­nak­że jej oj­ciec Paul Ste­vens — po­stać gra­na przez Bruce’a Wil­li­sa — jest bar­dzo nie­chęt­ny ich związ­ko­wi. Pan Ste­vens z ko­lei spo­ty­ka się z Ra­chel, któ­ra przy oka­zji sta­ra się ocie­plić wi­ze­ru­nek Ros­sa. Wy­obra­że­nie o tym, jak na­pię­ta jest sy­tu­acja, daje po­niż­szy frag­ment:

To jed­nak jesz­cze nie ko­niec in­try­gi. Pan Ste­vens w pew­nym mo­men­cie sta­wia Ros­so­wi ul­ti­ma­tum: je­śli ten nie za­koń­czy zna­jo­mo­ści z Eli­za­beth, to o wszyst­kim do­wie się uczel­nia. A wów­czas Ross stra­ci pra­cę. Ross mimo to spo­ty­ka się Eli­za­beth i wy­jeż­dża z nią do dom­ku let­ni­sko­we­go jej ojca (domu po bab­ci). W tym sa­mym cza­sie do tego dom­ku przy­by­wa Pan Ste­vens z Ra­chel. Ross jest w ta­ra­pa­tach… I w tym mo­men­cie dzie­je się coś nie­ocze­ki­wa­ne­go:

Ross wy­da­je się już cał­ko­wi­cie prze­gra­ny (acz­kol­wiek przy­naj­mniej wpadł jesz­cze na ja­kiś ostat­ni po­mysł: „I wła­śnie dla­te­go nie mo­że­my ze sobą cho­dzić”, zda­rza­ło mu się w po­dob­nych sy­tu­acjach za­nie­mó­wić). Jed­nak­że, gdy wy­raź­nie nie ma już nic do stra­ce­nia, po­dej­mu­je wal­kę ery­stycz­ną. Po pierw­sze, daje do zro­zu­mie­nia, że jest mu wszyst­ko jed­no („Rób, co chcesz”). Po dru­gie, od­wo­łu­je się do po­do­bień­stwa: „Ja tak­że je­stem schlud­nym fa­ce­tem”, wy­ko­rzy­stu­jąc kod zro­zu­mia­ły tyl­ko dla Pau­la. To wy­raź­ny sy­gnał, że Ross wie o czymś, o czym inni po­win­ni nie wie­dzieć. Po­twier­dza to ko­lej­nym cy­ta­tem, od­tań­cze­niem cho­re­ogra­fii Pau­la i wy­da­niem okrzy­ku…

Krót­ko mó­wiąc: Ross sto­su­je do­syć pod­sta­wo­wą i (na ogół) na­iw­ną tech­ni­kę ma­ni­pu­la­cyj­ną, jaką jest szan­taż. Przy czym war­to za­uwa­żyć, że jest to szan­taż za­ko­mu­ni­ko­wa­ny w bar­dzo sub­tel­ny spo­sób, po­le­ga­ją­cy na da­niu dru­giej stro­nie do zro­zu­mie­nia, o czym się wie (w tym wy­pad­ku: o kom­pro­mi­tu­ją­cym za­cho­wa­niu Pau­la). Sama groź­ba i jej cel nie zo­sta­ły wy­ra­żo­ne wprost, wy­war­ta zaś zo­sta­ła pre­sja. Resz­ta w tym kon­tek­ście jest oczy­wi­sta: Ross nie musi tłu­ma­czyć, ja­kie by­ły­by skut­ki, gdy­by o sy­tu­acji z sy­pial­ni po­wie­dział Ra­chel lub Liz, nie musi uza­sad­niać, że jest go­tów o tym po­wie­dzieć, nie musi wy­ja­śniać, cze­go ocze­ku­je od Pau­la. Wszyst­ko jest oczy­wi­ste, nie­po­żą­da­ne kon­se­kwen­cje zaś — re­al­ne.

Jak wi­dzi­my, Ross nie od­wo­łu­je się już do ra­cjo­nal­nej ar­gu­men­ta­cji — ta po pro­stu wcze­śniej się nie spraw­dzi­ła, oka­za­ła się nie­efek­tyw­na. Pan Ste­vens za­gro­ził Ros­so­wi, że do­nie­sie na nie­go do władz uczel­ni. Od­po­wiedź Ros­sa to szan­taż na szan­taż. Wola jed­ne­go prze­ciw woli dru­gie­go (nie zaś ra­cje jed­ne­go prze­ciw ra­cjom dru­gie­go).

Ta za­baw­na sy­tu­acja z „Przy­ja­ciół” ob­ra­zu­je tak­że pro­blem po­waż­niej­szy, któ­ry pa­su­je bar­dziej do ta­kich se­ria­li jak daj­my na to „Gra o tron”, „Ho­use of cards” czy „Ro­dzi­na Bor­giów” — przed­sta­wia­ją­cych re­alia roz­gry­wek po­li­tycz­nych. Te gry oczy­wi­ście od­wo­łu­ją się w ja­kiejś mie­rze do ar­gu­men­tów me­ry­to­rycz­nych i ra­cjo­nal­nych dys­ku­sji, ale nie­wąt­pli­wie w du­żej mie­rze bu­do­wa­ne są na stra­te­giach do­ty­czą­cych (kre­owa­nia i nisz­cze­nia) wi­ze­run­ku, wia­ry­god­no­ści i eto­su. Chęt­nie wy­ko­rzy­stu­je się w niej groź­by, szan­ta­że, prze­róż­ne haki. Oczy­wi­ście, nie tyl­ko w se­ria­lach.

Contact Us

We're not around right now. But you can send us an email and we'll get back to you, asap.

Not readable? Change text. captcha txt