Przyjaciele i krytyczne myślenie: implikatury i „ale”

Ze­sta­wie­nie „Przy­ja­cie­le” i lo­gi­ka (for­mal­na) by­ło­by za­pew­ne zbyt kar­ko­łom­ne, ale je­stem pe­wien, że wie­le scen z tego se­ria­lu może po­słu­żyć jako ilu­stra­cja pro­ble­mów z za­kre­su teo­rii kry­tycz­ne­go my­śle­nia (czy­li dzie­dzi­ny, któ­rą mo­gli­by­śmy na­zwać „lo­gi­ką” ale z do­pi­skiem: „nie­for­mal­ną” lub „prag­ma­tycz­ną”). Po­sta­no­wi­łem przy­go­to­wać ze­sta­wie­nie kil­ku­na­stu scen z „Przy­ja­ciół”, któ­re przed­sta­wia­ją ja­kiś pro­blem in­te­re­su­ją­cy z punk­tu wi­dze­nia kry­tycz­ne­go my­śle­nia. Na po­czą­tek — im­pli­ka­tu­ry i „ale”.

Sło­wo „ale” peł­ni waż­ną rolę w ar­gu­men­ta­cji.

Przede wszyst­kim sy­gna­li­zu­je ono za­strze­że­nia czy też za­rzu­ty do roz­wa­ża­nej ar­gu­men­ta­cji, kontr­ra­cje. Roz­waż­my pro­stą wy­po­wiedź ar­gu­men­ta­cyj­ną: „Po­wi­nie­neś pójść na stu­dia, po­nie­waż po stu­diach masz więk­sze szan­se na zna­le­zie­nie do­brej pra­cy, ale tyl­ko je­śli ukoń­czysz je z wy­róż­nie­niem”. Za­strze­że­nie wpro­wa­dzo­ne przez sło­wo „ale” wska­zu­je na to, że zwią­zek mię­dzy skoń­cze­niem stu­diów a zna­le­zie­niem do­brej pra­cy nie jest ści­sły, wy­ma­ga speł­nie­nia do­dat­ko­wych wa­run­ków. Za­strze­że­nia mogą do­ty­czyć róż­nych pię­ter ar­gu­men­ta­cji: prze­sła­nek lub sa­mej tezy.

Sło­wo „ale” peł­ni tak­że dru­gą waż­ną funk­cję, tzw. funk­cję od­pie­ra­ją­cą (di­sco­un­ting - we­dług Wal­te­ra Sin­not­ta-Arm­stron­ga). Jest to je­den ze spo­so­bów unik­nię­cia re­gre­su ar­gu­men­ta­cji (obok za­pew­nia­nia, chro­nie­nia i war­to­ścio­wa­nia), któ­ry po­le­ga na tym, że przy­wo­łu­je­my moż­li­wy za­rzut wzglę­dem na­sze­go sta­no­wi­ska i roz­pra­wia­my się z nim wła­śnie sło­wem „ale”, po któ­rym wpro­wa­dza­my waż­niej­szą — w na­szej opi­nii — ra­cję na rzecz na­sze­go sta­no­wi­ska. Roz­waż­my pro­sty przy­kład: „Ta za­baw­ka spra­wi­ła­by Ja­sio­wi wie­le ra­do­ści, ale jest zbyt dro­ga”. To, że za­baw­ka spra­wi­ła­by ra­dość Ja­sio­wi, sta­no­wi ra­cję za tym, by ją ku­pić i po­da­ro­wać Ja­sio­wi. Jej cena (oce­nio­na jako zbyt wy­so­ka) sta­no­wi jed­nak po­wód, dla któ­re­go zda­niem mó­wią­ce­go na­le­ży z za­ku­pu zre­zy­gno­wać. Po­wód ten jest uzna­ny za waż­niej­szy.

Sło­wo „ale” peł­ni jesz­cze trze­cią — bar­dzo in­te­re­su­ją­cą — funk­cję, mia­no­wi­cie słu­ży do ka­so­wa­nia im­pli­ka­tur. Im­pli­ka­tu­ra­mi na­zy­wa­my ta­kie tre­ści, któ­re są da­wa­ne do zro­zu­mie­nia lub su­ge­ro­wa­ne, ale nie wy­ni­ka­ją wprost z tego, co zo­sta­ło po­wie­dzia­ne. Oczy­wi­ście, po­trze­bu­je­my przy­kła­du. Roz­waż­my na­stę­pu­ją­cą sy­tu­ację: Ma­rek ku­pił swo­jej dziew­czy­nie Joli kwia­ty na wa­len­tyn­ki. Jola pyta Mar­ka: „Gdzie je ku­pi­łeś?”. Na co Ma­rek od­po­wia­da: „Tam, gdzie sprze­da­ją kwia­ty”. Od­po­wiedź ta nie jest zbyt pre­cy­zyj­na, nie do­star­cza wy­star­cza­ją­cej ilo­ści in­for­ma­cji, ale może być pró­bą da­nia Joli do zro­zu­mie­nia, że to nie jest waż­ne, że to nie jej spra­wa, nie po­win­no jej to in­te­re­so­wać (z ja­kie­goś po­wo­du) itp. To wła­śnie tre­ści, któ­re są im­pli­ka­tu­ra­mi. Od­czy­tu­jąc im­pli­ka­tu­ry, ska­za­ni je­ste­śmy na do­my­sły. Po­nad­to im­pli­ka­tu­ry są ka­so­wal­ne — może do tego po­słu­żyć wła­śnie sło­wo „ale”. Ma­rek mógł­by po­wie­dzieć np „Tam, gdzie sprze­da­je kwia­ty… ale nie pró­bu­ję przez to po­wie­dzieć, że to nie Two­ja spra­wa. Po pro­stu nie wiem, jak to do­kład­nie wy­tłu­ma­czyć”.

Po tym krót­kim wstę­pie przyj­rzyj­my się trzem frag­men­tom z „Przy­ja­ciół”.

Pierw­sza z nich (S04E09) to roz­mo­wa Ra­chel o pra­cę na sta­no­wi­sku za­opa­trze­niow­ca. Jej sze­fo­wa — Jo­an­na — sta­ra się nie do­pu­ścić do awan­su swo­jej asy­stent­ki, choć wcze­śniej wy­ra­zi­ła zgo­dę na to, by Ra­chel ubie­ga­ła się o to sta­no­wi­sko.

Wy­po­wie­dzi Jo­an­ny: „Nowy sys­tem prze­cho­wy­wa­nia do­ku­men­tów? Ko­lo­ro­we ety­kiet­ki przy tecz­kach oży­wi­ły wnę­trza sza­fek”, „Ra­chel co rano przy­no­si mi baj­gla — i pra­wie za­wsze na czas”,  „Jest jesz­cze kawa. Przy­no­si dwie rze­czy rów­no­cze­śnie”, „Ra­chel może się tyl­ko za bar­dzo spo­ufa­lić. Uwiel­bia pra­cę z pro­jek­tan­ta­mi… z nimi czy pod, co za róż­ni­ca?” mają da­wać do zro­zu­mie­nia, że Ra­chel nie jest od­po­wied­nią kan­dy­dat­ką na sta­no­wi­sko za­opa­trze­niow­ca: jej do­tych­cza­so­we obo­wiąz­ki nie są zbyt po­waż­ne, nie wy­wią­zu­je się z nich wzo­ro­wo, wdra­ża­ne przez nią ulep­sze­nia mają cha­rak­ter wy­łącz­nie es­te­tycz­ny, a nie funk­cjo­nal­ny, po­nad­to ma skłon­ność do flir­to­wa­nia ze współ­pra­cow­ni­ka­mi (i jesz­cze w do­dat­ku nad­uży­wa al­ko­ho­lu).

Dru­ga (S04E16) w mi­strzow­ski spo­sób po­ka­zu­je dzia­ła­nie i siłę „ale” (wła­ści­wy frag­ment od 3.05, po­tem 4.00). Ra­chel sta­ra się za wszel­ką cenę po­de­rwać Jo­shuę, któ­re­go po­zna­ła jako klien­ta w swo­jej pra­cy, po­dej­mu­jąc co­raz bar­dziej roz­pacz­li­we pró­by za­uro­cze­nia go sobą (sfin­go­wa­ne przy­ję­cie po­że­gnal­ne dla Emi­ly, a po­tem kil­ka nu­me­rów po­pi­so­wych z cza­sów stu­denc­kich, ma­ją­cych dzia­łać za każ­dym ra­zem: strój czir­li­der­ki i zdej­mo­wa­nie biu­sto­no­sza).

W tym wy­pad­ku „ale” peł­ni ty­po­wą funk­cję: „po­do­basz mi się, ale do­pie­ro, co się roz­wio­dłem, nie je­stem jesz­cze go­to­wy”… Jo­shua stwier­dza, że waż­niej­sze po­wo­dy prze­ma­wia­ją za tym, by nie być ra­zem. Ko­lej­ne „ale” — upra­gnio­ne i wy­cze­ki­wa­ne przez Ra­chel — w koń­cu przy­cho­dzi, gdy Jo­shua wra­ca na klat­kę scho­do­wą: „Twier­dzi­łem, że nie je­stem go­to­wy, ale…”. Po­da­nie ra­cji za by­ciem ra­zem już na­wet nie jest po­trzeb­ne: brak go­to­wo­ści do związ­ku zo­stał po­trak­to­wa­ny jako oko­licz­ność mniej waż­na niż… chęć by­cia z Ra­chel.

Sce­na trze­cia (S08E08) to praw­dzi­wa pe­reł­ka. Oj­ciec Ra­chel — dr Le­onard Gre­en — do­wia­du­je się, że jest ona z Ros­sem w cią­ży. Gdy pyta, kie­dy ślub, Ra­chel daje mu do zro­zu­mie­nia, że ślu­bu nie bę­dzie… z winy Ros­sa. Oj­ciec Ra­chel od­wie­dza Ros­sa w jego miesz­ka­niu w cza­sie, gdy Ross spo­ty­ka się wła­śnie ze swo­ją nową dziew­czy­ną Moną, jesz­cze nie­wta­jem­ni­czo­ną w spra­wy Ros­sa i Ra­chel. W efek­cie Ross znaj­du­je się mię­dzy mło­tem a ko­wa­dłem, sta­ra się za­cho­wać twarz, wy­ra­zić jak naj­pre­cy­zyj­niej i moż­li­we jak naj­bar­dziej dy­plo­ma­tycz­nie wo­bec obu stron, wy­ka­so­wu­jąc nie­po­żą­da­ne im­pli­ka­tu­ry tego, co po­wie­dział.

Przy­tocz­my frag­ment:
  • Zro­bi­łem dziec­ko Ra­chel… ale to była tyl­ko jed­na noc — bez zna­cze­nia.
  • Moja cór­ka nic dla Cie­bie nie zna­czy?
  • Wie­le dla mnie zna­czy. Ko­cham Ra­chel…
  • Co?
  • … ale nie w ten spo­sób — nie je­stem w niej za­ko­cha­ny, ko­cham ją jak przy­ja­ciół­kę.
  • Tak trak­tu­jesz przy­ja­ciół? Wpę­dzasz w kło­po­ty, a po­tem nie chcesz się że­nić?
  • Za­pro­po­no­wa­łem jej to…
  • Co?
  • … ale nie chcia­łem.
  • (…) Jak mo­głeś ukry­wać to przede mną?
  • Mia­łem ci po­wie­dzieć, ale…
  • Ale co? My­śla­łeś, że do­sta­niesz, cze­go chcesz, a po­tem ją rzu­cisz tak jak Ra­chel?
  • Nie rzu­ci­łem Ra­chel… ale nie je­ste­śmy już ra­zem.

Na­stęp­nie Joey na­gry­wa na au­to­ma­tycz­ną se­kre­tar­kę wia­do­mość, któ­ra jesz­cze bar­dziej po­grą­ża Ros­sa. War­to też zo­ba­czyć, jak Ra­chel tłu­ma­czy Mo­nie sy­tu­ację z Ros­sem — tam też jest kil­ka świet­nych „ale”. W każ­dym ra­zie roz­mo­wę Mony z Ros­sem za­my­ka na­stę­pu­ją­ca wy­mia­na:

  • Cze­mu mi o tym nie po­wie­dzia­łeś?
  • To, co się dzie­je mię­dzy mną a Ra­chel, nie ma nic wspól­ne­go z moim uczu­ciem do cie­bie.
  • Jed­nak po­wi­nie­neś mi po­wie­dzieć.
  • Za­mie­rza­łem, ale… po­my­śla­łem, że le­piej bę­dzie, jak usły­szysz to od ojca Ra­chel. 😉

 

Są­dzę, że po­wyż­sze trzy sce­ny sta­no­wią zna­ko­mi­tą ilu­stra­cję pro­ble­mu im­pli­ka­tur i funk­cji sło­wa „ale”. Być może na­bra­li­ście ocho­ty, by spraw­dzić, jak dzia­ła to sło­wo w kon­tek­stach bar­dziej ty­po­wych i po­waż­niej­szych, czy­li ra­czej nie se­ria­lo­wych. Go­rą­co za­chę­cam! Po­le­cam na przy­kład przej­rze­nie ar­chi­wum ana­liz tek­stów, ale i czuj­ność w Wa­szych ko­lej­nych lek­tu­rach.

Sam też wy­szu­ka­łem pe­wien in­te­re­su­ją­cy przy­kład: war­to zo­ba­czyć, jak zbu­do­wa­ny jest tekst prof. Jac­ka Ho­łów­ki „Wię­cej roz­trop­no­ści w spra­wie imi­gran­tów!”. Otóż kon­struk­cja tego tek­stu, bę­dą­ce­go pró­bą przy­wo­ła­nia i wy­wa­że­nia róż­nych ra­cji w spra­wie imi­gran­tów (w imię roz­trop­no­ści), opie­ra się na dwóch za­bie­gach: po­sta­wie­niu wie­lu py­tań oraz roz­wa­że­niu i hie­rar­chi­za­cji róż­nych prze­sła­nek prze­ma­wia­ją­cych za prze­ciw­ny­mi sta­no­wi­ska­mi w oma­wia­nej kwe­stii. Wręcz go­łym okiem wi­dać, że na­gro­ma­dze­nie zna­ków za­py­ta­nia oraz słów od­pie­ra­ją­cych jest znacz­ne — ob­ra­zu­ją one głów­nie to, jak zło­żo­na jest spra­wa imi­gran­tów, jak róż­ne ra­cje na­le­ży uwzględ­nić, na jak wie­le py­tań od­po­wie­dzieć, za­nim zde­cy­du­je­my się ja­kieś sta­no­wi­sko za­jąć od­po­wie­dzial­nie, czy też: roz­trop­nie.

Ko­lej­ne spo­tka­nie z „Przy­ja­ciół­mi” już nie­ba­wem.

Contact Us

We're not around right now. But you can send us an email and we'll get back to you, asap.

Not readable? Change text. captcha txt